niedziela, 23 sierpnia 2026

Najpierw mieszkanie.

     Chociaż może powinnam zacząć od ogólnego wrażenia. Ale szukając mieszkania trochę się zwiedza miasto, więc i o mieście będzie.

    Miał pecha Głównodowodzący. Przyjechał w 2022 roku, po wybuchu wojny na Ukrainie. Trafił na czas, kiedy do Gruzji przeprowadziło się mnóstwo bogatych Rosjan uciekających przed poborem. Co spowodowało ogromny popyt na mieszkania. Ceny wzrosły kilkukrotnie. I nie bardzo było w czym wybierać.

   
Biuro Głównodowodzącego mieściło się w nowej dzielnicy Tbilisi. Nowej i brzydkiej. 
Ulice dość szerokie, ale chodników brak. Parkingów zresztą też. Wysokie bloki nastawiane byle jak, bez ładu i składu. Może nawet bez pozwolenia. Wszystko jakby niedokończone. Albo przeciwnie- już się rozsypujące. Generalnie ledwo trzymające się kupy. Okna pozatykane dyktą. Albo po prostu brak okien, otwory okienne bez wypełnienia. I nie że w całym bloku. Niektóre okna są, niektórych nie ma, zupełnie losowo. A z niektórych wystają rury, takie kominy odprowadzające dym z piecyka. Co kto woli, co kto lubi.

    Może bardziej prestiżowa dzielnica? Taka z pięknymi domami, szerokimi alejami, wygodnymi chodnikami. Drzewa wokół domów, parki, restauracje. Można, ale dużo drożej. I trzeba dojeżdżać. Niewygodne i czasochłonne.

Widok na Mtskhetę
    Była jeszcze opcja zamieszkania w Mtskhecie, historycznej stolicy Gruzji. Przepiękne miasteczko. Ależ tam by były spacery. Nad rzeką, wśród gór. Kilku kolegów z biura tam mieszkało. Stare drewniane domy położone wśród winnic. Niestety dramatycznie niedogrzane zimą. Odpowiednio tańsze, ale tu też konieczny dojazd. Bez własnego samochodu ani rusz, bo tam akurat brak transportu publicznego. 

    Wygrała wygoda, nie uroda. Ale znalezienie czegoś odpowiedniego nie było łatwe. Na przykład mieszkanie w wieżowcu, w którym jeszcze winda nie działała, a na korytarzach leżały materiały budowlane. W końcu Głównodowodzącemu dopisało szczęście. Albo może wręcz przeciwnie.

    Po kilku nieudanych próbach, zrezygnowany chodził po osiedlu i szukał kogoś kto wymieniłby mu suwak w spodniach. Wszedł do punktu krawieckiego i tak od słowa do słowa dowiedział się, że brat krawcowej ma mieszkanie. I następnego dnia już się wprowadzał! Oczywiście bez umowy. Nikt sobie umową głowy nie będzie zawracał. Dlaczego to było nieszczęście? Bo krawcowa oszukiwała. I nie chodzi o to, że prawdopodobnie bratu oddawała tylko część tego co płacił Głównodowodzący. Potrafiła dzwonić kilka dni przed terminem, "bo potrzebuje pieniędzy'. A po terminie jeszcze raz, bo nie pamiętała, że już zapłacone. I takie różne kwiatki. Dzięki niej Głównodowodzący zwątpił w gruzińską gościnność. Kiedy przychodził z pieniędzmi częstowała go herbatą i czymś do jedzenia. Gościła czym chata (a raczej warsztacik) bogata. Ale nie bezinteresownie. Skarżyła się jak jej ciężko. Że syn nie ma pracy, a ona biedna. Chciała pożyczki. Miała nadzieję, że pomożemy jej przyjechać do Polski i załatwimy pracę. Doszło do tego, że Głównodowodzący się jej bał. Ale to potem.


    Blok nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Podwórko zastawione autami, klatka szara i brudna. Bez okien. Znaczy otwory były, tak przewiewnie dość. Przynajmniej nie trzeba było szyb myć. Zimą było chłodno, ale śniegu nie nawiewało. Na korytarzach jakieś sterczące ze ścian druty, niedokończone instalacje.

    Mieszkanie na 6 piętrze. Czyli po naszemu na 5. Z windą, a jakże. Ale winda płatna. Jakieś grosze, ale zawsze. Żeby wybrać piętro należało przyłożyć zakodowaną i opłaconą kartę. Głównodowodzący płacił przez kilka miesięcy, potem zrezygnował. Trochę się do tego przyczyniła krawcowa. Biegał po schodach dla poprawy kondycji. Kiedy przyjeżdżałam z ciężką walizką oszukiwaliśmy system. On biegł na górę, ja czekałam w windzie. Naciskał przycisk wezwania windy i mnie przyciągał. Nie wiem co ludzie robili jak przychodzili do nich goście.

    W mieszkaniu podobały mi się wysokie sufity. Duże okno balkonowe, więc jasno. Balkon obszerny, ale nie korzystałam z niego. Co ciekawe- na balkonie była szafka z piecykiem gazowym. Dla bezpieczeństwa, przynajmniej zaczadzenie nie groziło. A w mieszkaniu  kolejna, moim zdaniem, samowolka. Z przedpokoju przechodziło się do salonu z aneksem kuchennym, do łazienki i jednej sypialni. Druga sypialnia miała wejście z salonu. Dlaczego twierdzę, że samowolka? Jedna ze ścian była zaokrąglona. A okno w mniejszej sypialni wyglądało na wstawione samodzielnie. Jedyne w tym pionie. Służyło tylko do wietrzenia, widok był na oddaloną o jakieś 2 metry  ścianę następnego bloku.

    Nie było to ciche mieszkanie. Gruzini potrafili w środku nocy awanturować się na podwórku, puszczać głośną muzykę, albo nad ranem głośnym i ciągłym trąbieniem wzywać innego kierowcę, który zastawił ich samochód. Ale jak Głównodowodzący w sobotę o 8 rano wstawił pranie, to już po południu znalazł na drzwiach kartkę z informacją po angielsku i rosyjsku, że nie wolno przeszkadzać sąsiadom!

    Czy mieszkanie było drogie? Nie bardzo. Oprócz tego co dostawała krawcowa jakieś niewielkie pieniądze do administracji i naprawdę śmieszne kwoty za prąd i gaz. Media są bardzo tanie. Zwłaszcza w porównaniu do polskich cen. Taka ciekawostka- w okresie zimowym mieszkańcy górskich wiosek mają gaz za darmo.

14 komentarzy:

  1. No czułam, że będzie ciekawie! Aż dziwne, że takie sytuacje w XXI wieku i że firma nie zapewnia pracownikom mieszkania...
    Myślałam, że my przodujemy w "zaradności" tego typu, a tu niespodzianka!
    Tanie media, to duży plus, zwłaszcza zimą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Firma daje pieniądze na mieszkanie. Może to i dobrze. Ludzie mają różne potrzeby i priorytety.
      Gruzini muszą kombinować. Media tanie, ale płace bardzo niskie. A mężczyźni tam nie są specjalnie pracowici. To nie moja opinia, tylko słowa Gruzinki. To kobiety pracują, a mężczyźni produkują i spijają wino.

      Usuń
  2. Specyfika regionu.... Dobrze wcześniej wiedzieć z czym człowiek będzie się mierzył.
    Może gdyby podczas prania śpiewać lub kłócić się- zgłaszając odgłosy tech- cywilizacji nie byłoby problemu....:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, tego nie sprawdziliśmy. Chociaż myślę, że to raczej o porę chodzi. Po nocach głośno balują, a rano śpią.

      Usuń
  3. Z tym „najpierw mieszkanie” trudno się nie zgodzić, zwłaszcza kiedy człowiek zaczyna liczyć nie tylko pieniądze, ale też czas, spokój i zwykłe poczucie bezpieczeństwa. Podoba mi się jednak, że nie sprowadzasz tego wyłącznie do kwestii finansowych. Własne miejsce potrafi naprawdę zmienić sposób patrzenia na dalsze plany i sprawić, że podróże przestają być ucieczką, a stają się po prostu przyjemnością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Dobrze mieć dokąd wrócić. Jednak na dłużej wybrałabym chyba inne mieszkanie

      Usuń
  4. No szok po prostu!
    Ale przynajmniej ciekawie się Wam tam mieszka.
    Z pewnością nie nudzicie się...:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Znaleźć mieszkanie przy okazji naprawy suwaka - tego nie przewidzi nawet najbardziej przezorny poradnik. Płatna winda i niedokończona klatka schodowa okazały się jednak drobiazgami przy krawcowej, dla której zapłacony czynsz wciąż pozostawał kwestią otwartą. Najbardziej rozbawiła mnie miejscowa logika hałasu: nocne awantury uchodzą, pralka w sobotni poranek - nigdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trochę moralność Kalego. Nam wolno, obcy to obcy

      Usuń
  6. Najciekawsze jednak jest to, jak świetnie pokazujesz codzienność w Tbilisi — tę różnicę między pięknym, historycznym miastem i malowniczą Mcchetą a chaotyczną, niedokończoną zabudową nowych dzielnic. No i historia z krawcową… wygląda na to, że znalezienie mieszkania było dopiero początkiem przygody! Czekam na ciąg dalszy. 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bywało zaskakująco. Ciąg dalszy nastąpi.

      Usuń
  7. Coś czuję, że ta przygoda pozostanie z Tobą na długie lata. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń