Przerwa dość spontaniczna, prawie nieplanowana. A było to tak.
Rok temu gościliśmy Brazylijczyków żyjących trochę u siebie, trochę w Portugalii. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie wiosną. Jakoś tak zeszło... Aż Sandra napisała, że tylko do połowy września są w Porto i kiedy ich odwiedzimy? To nas zmobilizowało i prawie spontanicznie wyruszyliśmy.
Wylądowaliśmy w Lizbonie. Baaardzo długo czekaliśmy na bagaż. Portugalczycy są wyluzowani. Walizki wjeżdżały po 2, czasami po 3. Może nosili je w rękach? Baliśmy się, że nie zdążymy na autobus do Fatimy. Zdążyliśmy. Na kawę czasu zabrakło. Za to zajrzałam do ciekawych miejsc na lotnisku. Czyli toalet. I trochę zrobiło mi się wstyd za te na Okęciu. Bo u nas tylko 2 oczka, więc tłoczno i brudno. A tak wygląda najlepsza toaleta na lizbońskim lotnisku. Urzekła mnie po prostu, chociaż nie wiem czy jakiekolwiek stworzenie chce korzystać.
Następnego dnia- Porto. Długi spacer wąskimi uliczkami, wśród pięknych kamienic ozdobionych kolorowymi płytkami. Kawa (pyszna i tania) i tradycyjne pastel de nata, czyli ciastko z budyniem. Nie ma czym się zachwycać. Słodkie, z wierzchu chrupkie, w środku miękkie. Ciekawostka i tyle. Na lunch francesinha- tost z dużą ilością mięsa w środku, z serem i jajkiem sadzonym na wierzchu, pływający w sosie pomidorowo-piwnym. Spróbowałam i więcej nie chcę.
Najważniejsza była wizyta w księgarni Lelo. Przepiękne miejsce, do którego ustawiają się kolejki, chociaż wstęp kosztuje 16 euro. Chciałabym wejść tam po zamknięciu, żeby się napawać bez tłumów. Na pamiątkę nabyłam "Małego księcia'. Dwie, bardzo ładnie wydane książki. Jedna po angielsku, druga po portugalsku. Może to początek wielojęzycznej kolekcji mojej wnuczki?
Sporo widzieliśmy, dużo zostało na następny raz. Ale czy będzie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz