Od zawsze uwielbiam czytać i czytam dużo. Ostatnio nie tylko co muszę (wnuczce przed snem, z zawodowej konieczności albo na spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki), ale również to co polecają inni i co ich zachwyciło. A mnie ( uwaga spoiler!) niekoniecznie.
Najpierw wypożyczyłam "Mój mąż" Maud Ventury. Dobrze napisana. Czyta się szybko. ale w jakiś sposób takie historie mnie drażnią. Kobieta zakochana w swoim mężu. Brzmi banalnie. Ale ona za nim dosłownie szaleje. Ma obsesję na jego punkcie i silną potrzebę kontrolowania. Myśli tylko o nim, nawet kiedy go zdradza. Tak zdradza, żeby ukarać za winy, o których on nie ma pojęcia. Wspólnymi dziećmi interesuje się tylko jako narzędziami do kontroli ukochanego. No męczyła mnie ta kobieta. I tak codziennie, przez cały tydzień, bo tyle trwa akcja. A potem nastąpił plot twist i absolutnie zaskakujące zakończenie. Chociaż moim zdaniem niezrozumiałe. Dlatego przeczytałabym jeszcze raz, pod warunkiem, że tym razem narratorem byłby mąż.Pomysł jest ciekawy. Istnieje kawiarnia, w której można przenieść się w czasie. Ale jest to obwarowane wieloma warunkami. Po pierwsze czas jest limitowany- tylko do wystygnięcia kawy. Po drugie cokolwiek się zrobi, nic w teraźniejszości się nie zmieni. Nie można się podnieść z krzesła, więc spotkać można wyłącznie osobę, która kawiarnię kiedykolwiek odwiedziła. Jaki jest więc sens podróży w czasie? Bohaterowie jakiś mają. I na jeden tom jest to znośne. Ale potem zaczyna być nużące. Ile interesujących (i wiarygodnych) powodów można wymyślić?
Męczyła mnie też powtarzalność. Przy każdej historii były powtarzane warunki. W dodatku ten nieznośny sposób prowadzenia narracji! Z tłumaczeniem każdego ruchu bohaterów, z ich rozważaniami "może kiwnę palcem, ale nie powinienem, ale jednak chciałbym, tylko nie wypada, ale może jednak" i tak przez pół strony, a my wiemy, że kawa stygnie. Nie do wytrzymania nawet dla mnie, miłośniczki japońskości. Bo tak, jest bardzo japońsko, ale jedna część wystarczy.
Na koniec Melissa da Costa i "Cały ten błękit". I wreszcie zachwyt. Historia o umieraniu i narodzinach miłości.
Młody człowiek choruje na wczesną postać Alzheimera. Postanawia zostawić bliskich, bo nie chce by widzieli i zapamiętali go bezradnego. Wyjeżdża z obcą osobą i umiera po drodze. To co się w tej drodze dzieje jest piękne. Piękne krajobrazy, które bohater uczy się doceniać i przeżywać. To co się dzieje w nim i z nim. Jak uczy się żyć i doceniać. Teraz brzmi to coachingowo, ale zupełnie nie jest nachalne. Dawno nie czytałam czegoś tak poruszającego. I zastanawiam się czy nie piszę tego głównie by pamiętać i wrócić.
* zdjęcia okładek z internetu



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz