niedziela, 1 listopada 2026

Nie piszę, bo czytam

 Od zawsze uwielbiam czytać i czytam dużo. Ostatnio nie tylko co muszę (wnuczce przed snem, z zawodowej konieczności albo na spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki), ale również to co polecają inni i co ich zachwyciło. A mnie ( uwaga spoiler!) niekoniecznie.

Najpierw wypożyczyłam "Mój mąż" Maud Ventury. Dobrze napisana. Czyta się szybko. ale w jakiś sposób takie historie mnie drażnią. Kobieta zakochana w swoim mężu. Brzmi banalnie. Ale ona za nim dosłownie szaleje. Ma obsesję na jego punkcie i silną potrzebę kontrolowania. Myśli tylko o nim, nawet kiedy go zdradza. Tak zdradza, żeby ukarać za winy, o których on nie ma pojęcia. Wspólnymi dziećmi interesuje się tylko jako narzędziami do kontroli ukochanego. No męczyła mnie ta kobieta. I tak codziennie, przez cały tydzień, bo tyle trwa akcja. A potem nastąpił plot twist i absolutnie zaskakujące zakończenie. Chociaż moim zdaniem niezrozumiałe. Dlatego przeczytałabym jeszcze raz, pod warunkiem, że tym razem narratorem byłby mąż. 


Potem miała być "Zanim wystygnie kawa" Toshikazu Kawaguchi. No i była. Ale poszłam po całości. Ponieważ w bibliotece była dostępna cała seria, oczywiście wzięłam wszystkie 5. Nie była to dobra decyzja. Pierwszą przeczytałam szybko, potem było coraz trudniej. Skończyłam po trzech miesiącach, tylko dlatego, że ostatnią część omawialiśmy w DKK. 

Pomysł jest ciekawy. Istnieje kawiarnia, w której można przenieść się w czasie. Ale jest to obwarowane wieloma warunkami. Po pierwsze czas jest limitowany- tylko do wystygnięcia kawy. Po drugie cokolwiek się zrobi, nic w teraźniejszości się nie zmieni. Nie można się podnieść z krzesła, więc spotkać można wyłącznie osobę, która kawiarnię kiedykolwiek odwiedziła. Jaki jest więc sens podróży w czasie? Bohaterowie jakiś mają. I na jeden tom jest to znośne. Ale potem zaczyna być nużące. Ile interesujących (i wiarygodnych) powodów można wymyślić? 

Męczyła mnie też powtarzalność. Przy każdej historii były powtarzane warunki. W dodatku ten nieznośny sposób prowadzenia narracji! Z tłumaczeniem każdego ruchu bohaterów, z ich rozważaniami "może kiwnę palcem, ale nie powinienem, ale jednak chciałbym, tylko nie wypada, ale może jednak" i tak przez pół strony, a my wiemy, że kawa stygnie. Nie do wytrzymania nawet dla mnie, miłośniczki japońskości. Bo tak, jest bardzo japońsko, ale jedna część wystarczy.


Na koniec Melissa da Costa i "Cały ten błękit". I wreszcie zachwyt. Historia o umieraniu i narodzinach miłości.

Młody człowiek choruje na wczesną postać Alzheimera. Postanawia zostawić bliskich, bo nie chce by widzieli i zapamiętali go bezradnego. Wyjeżdża z obcą osobą i umiera po drodze. To co się w tej drodze dzieje jest piękne. Piękne krajobrazy, które bohater uczy się doceniać i przeżywać. To co się dzieje w nim i z nim. Jak uczy się żyć i doceniać. Teraz brzmi to coachingowo, ale zupełnie nie jest  nachalne. Dawno nie czytałam czegoś tak poruszającego. I zastanawiam się czy nie piszę tego głównie by pamiętać i wrócić.




* zdjęcia okładek z internetu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz