Najtaniej jest wprost na ulicy. Rano koniecznie trzeba się napić ziółek albo kawy.
Idzie ulicą niemłoda kobieta. Ma na sobie tradycyjny strój- batikową kebayę i sarong. Włosy upięte w kok, schowane pod kapeluszem kojarzonym u nas z Chinami. W poprzek piersi przepasana jest kawałkiem batikowej tkaniny, podtrzymującej dźwigany na plecach kosz. Z kosza wystają szyjki butelek. Jest w nich jamu, czyli syropy ziołowe. O różnych smakach i zastosowaniach. Ibu Jamu wie jak je mieszać. Stawia kosz na ziemi, prostuje krzyż. Wybiera butelkę, nalewa do plastikowego kubka. Trochę z tej butelki, trochę z tamtej. Miesza, podaje. Zarzuca kosz na plecy i idzie dalej.
![]() |
Kosz Ibu Jamu |
![]() |
Tukang kopi (zdjęcie z internetu) |
![]() |
W drodze |
Najwyżej w ewolucji stoją rumah makan. Bardzo zbliżone do baru albo bistra. Przaśne. Właściwie trudno nie mieć skojarzenia z socjalistycznym barem mlecznym. Dania są niewyszukane, czystość i estetyka też tylko dla niewymagającej klienteli.
Oczywiście są też restauracje w naszym zachodnim rozumieniu. Po bliższym przyjrzeniu się widać, że tylko wystrój i ceny są zachodnie. Przeciętny Indonezyjczyk raczej w nich nie bywa. Ale dla turystów jest atrakcyjnie.
![]() |
Kolonialny budynek, oryginalny wystrój |
Indonejza to dla nas egzotyka, fajnie być tam i popatrzeć na życie tamtejszych ludzi :-)
OdpowiedzUsuńSą plusy i minusy pobytu tutaj:)
UsuńChciałabym popróbować wszystkiego, nawet na ulicy, bo podobno tak jest najsmaczniej, a higiena? U nas nawet w najlepszych lokalach nie mam gwarancji, że kucharz jest czyściochem. Wszystko zależy od ludzi, nie od procedur.
OdpowiedzUsuńBar z ziółkami też pomysłowy, zwłaszcza gdy ktoś nie lubi parzyć, a pić musi :-)
A napiszesz o tamtejszych słodyczach?
Nie jadłam na ulicy. Nie daję rady.
UsuńO jedzeniu i daniach jeszcze będzie. O słodyczach mogę już teraz- obrzydliwe.
Ryż, makaron, mięso? Toż oni jedzą to samo co my!
OdpowiedzUsuńZiemniaki też! Na pizzy.
UsuńPizza z ziemniakami ha ha
UsuńWcale nie żartuję! Byłam przekonana, że to ananas. Wyobraź sobie jak mnie smak zaskoczył
UsuńPizzę na bazie ziemniaków to i ja w centrum Polski robię.
Usuń:-)
Cudze chwalicie, swego nie znacie!
UsuńW egzotycznym dla nas kraju wszystko jest bardzo ciekawe. Ten kosz z syropami musi być bardzo ciężki dla kobiety już nie młodej. Tamtejsi ludzie chyba lekko nie mają.
OdpowiedzUsuńNie mają lekko, ale są pogodni.
UsuńA co na to wszystko europejski żołądek?
OdpowiedzUsuńBywa, że się buntuje. Ale radzimy sobie jak umiemy. Na szczęście mamy orzechówkę
UsuńZuchy! :))
UsuńOrzechówka nie dla harcerzy. Na czystym spirytusie;)
UsuńBardzo zbliżone to wszystko pod względem miejscówek z jedzeniem do dajmy na to Ameryki Południowej, Indii itp. Pewnie dla turysty posiłek zjedzony z takich przybytków na kółkach może skończyć się różnie. Ale miejscowi pewnie nie mają już problemów (flora bakteryjna pewnie inna i takie tam).
OdpowiedzUsuńOwszem, japońskie książki to zupełnie inny punkt widzenia na wiele spraw. Choć bywają też pozycje dla mnie za trudne, ze względu choćby na nieznajomość historii czy całej kultury Japonii. A tłumacz nie zawsze pomaga umieszczając przypisy.
Pozdrawiam!
Dla turystów restauracje też nie są do końca bezpieczne. Zależy od wrażliwości. A i street food nie zawsze jest zdrowy dla tubylców
UsuńNa ulicy nie jadłam, chociaz kusiło. RAz przewodnik lokalny zabrał nas do takiego pół ulicznego baru, powiedział, że tam bezpiecznie - i istotnie, było ok i bardzo pysznie. W ogóle bardzo mnie i mężowi słuzyło tamtejsze jedzenie...
OdpowiedzUsuńPół uliczny to pewnie warung.
UsuńSzczęściarze! Mi służyło przez 2 lata, potem niestety przestało
Tak na poważnie to tylko raz byłem poza UE, dokładnie rzecz biorąc w Turcji. Dlatego nie mogę się wypowiedzieć na sto procent jak to z tym jedzeniem w bardziej egzotycznych krajach bywa. A większość wiedzy to z TV mam jeśli chodzi o takie stoiska z jedzeniem na ulicach.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
W tym wypadku TV ma podstawową wadę- Nie przekazuje smaków i zapachów. Czasem na szczęście
UsuńNie lubię jadać na mieście. Robię to bardzo rzadko. Domowy posiłek to domowy posiłek. Poza tym herbaty nie słodzę, a kawy nie piję ;D. Jednak tekst ciekawy, jak najbardziej. Inny kraj, inne obyczaje. ;)
OdpowiedzUsuńMasz rację, że w domu smaczniej. Ale przecież najlepiej można poznać kraj od kuchni.
UsuńPewnie tak, parę razy widziałem już różne ,,przysmaki" pod postacią jakichś tam robaczków pieczonych. Wtedy cieszę się, że telewizja nie ma takiej funkcji właśnie jak przekazywanie smaków i zapachów.
OdpowiedzUsuńMówię pas. :) U mnie dopiero koło 13 zrobiło się upalnie, koło 35 stopni w cieniu.
Pozdrawiam!
Nie widziałam, żeby tu robale jadali. Ale psy, nietoperze, szczury i owszem. Jeszcze o tym napiszę.
UsuńEch ,jak pięknie i szkoda że Europa morduje wszelkie przejawy niezdrowego żywienia a mi się marzy w Polsce,coś podobnego kulinarnie w sensie wolności wyboru ale mojego a nie sanepidu.Na wsiach przecież by można zadzwonić i umówić obiad u kogoś kto zrobi kilka porcji więcej ale takiej tradycji nie dostrzegam.Stragan z naleśnikiem jakimś,czymś z grilla a może z drewnem opalanej kuchni.Fakt trzeba by żołądki dostosować trochę ale skoro dają radę sieciówkom to już nic gorszego im się nie zdarzy.
OdpowiedzUsuńTam gdzie sanepid sprawdza też nie zawsze jest czysto.
UsuńZnajomi byli w Indiach i żywili się swoimi zupkami chińskimi i kuskusem, zalewali wrzątkiem. Dopiero w ostatnie dwa dni spróbowali tamtejszego jedzenia w restauracji hotelowej. Pan domu spróbował piwo i to go zgubiło, swoje odchorował.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam
Rzecz w tym, żeby wiedzieć gdzie jest bezpiecznie. Tutaj największym zagrożeniem jest brudna woda.
UsuńIstny raj dla Sanepidu ;)
OdpowiedzUsuńKto by się tym przejmował?
UsuńNo to nieźle, dla nas może brzmi to strasznie, jednak dla mieszkańców pewnych rejonów świata jedzenie innych niż my zwierząt to codzienność.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Oni się dziwią, że jemy świnie. Są nieczyste jak wiadomo
UsuńMoże i jestem "francuski piesek", ale nie do końca przekonało mnie to jedzenie na ulicy... mój żołądek chyba by się "przekręcił"...
OdpowiedzUsuńJa nie jestem "francuski piesek", niewiele rzeczy mnie wzrusza, ale do jedzenia na ulicy też się nie zmuszam.
UsuńNapisałaś to tak, jakbym tam była. Indie bardzo mnie fascynują. Przeczytaj Shanataram Davida Robertsa. W Londynie poznałam sporo Hindusów. Są niesamowici w swojej naturalności i oddaniu dla bliskich
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
goodmorning73.blogspot.com
zolza73.blogspot.com
Też byłam zafascynowana Indiami. Ale mi przeszło, tylko Tadż Mahal bym odwiedziła i tyle.
UsuńIndonezyjski hinduizm jest trochę inny. Wyznają go balijczycy. Takich indyjskich Hindusów też się oczywiście spotyka,są bardzo zasymilowani.
Piszesz o rzeczach kosmicznych, dla takiego laika, jak ja, ale bardzo przydatnych.
UsuńPozdro
goodmorning73.blogspot.com
Gdybyś mogła, to napisz więcej o tym jedzeniu, ponieważ moje dzieci w przyszłym roku tam właśnie się wybierają. Ale skoro i w hotelowych restauracjach nie jest bezpiecznie, to jak jeść bezpiecznie?
OdpowiedzUsuńSerdeczności
Oczywiście będę pisać nie raz.
UsuńBezpiecznie jest w domu, pod warunkiem przestrzegania zasad. Najgorsza jest woda. Musi być z zafoliowanej butelki. Żadnego lodu, owoców czy warzyw zjadanych ze skórką. Częste mycie rąk. No i odrobina szczęścia ;)
Dziękuję.
UsuńŻyczę i Tobie szczęścia i zdrowia.
Dziekuję. Wierzę że mnie nie opuści.
UsuńNo właśnie. Bezpiecznie jest w domu i w związku z tym mam pytanie o możliwość zakupy art. spożywczych, z których można przygotować w domu jakieś nasze dania. Łatwo z tym sobie radzisz?
UsuńCóż, łatwo nie jest. Typowo polskich zdań raczej nie przygotowuję. Zachodnie produkty można zdobyć, ale ta cena! Co się da przywożę z Polski. Chleb i twaróg robię sama.
UsuńTrochę zmieniliśmy nasze przyzwyczajenia. Nie wychodzi nam to na zdrowie, niestety
Ahhh co za przygoda :)
OdpowiedzUsuńCzasem smacznie, czasem mniej.
UsuńMój brzuch lubi się buntować więc na takie uliczne jedzonko mogłabym jedynie popatrzeć. :( Ostatnio pozwoliłam sobie na kilka dziwności (m.in. jalebi i mango lassi) i na szczęście nie było żadnych konsekwencji oprócz zaskoczenia smakiem i ilością cukru. :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, M.
Czasem wystarczy zapach, żeby odgonić głód ;)
UsuńMmm indyjskie smaki. Uwielbiam. Chociaż lassi najlepsze słone
Słone? O takim nie wiedziałam! Niestety nie brzmi jak coś, co mogłoby mi zasmakować.. ale kto wie. :)
UsuńHmmm, nastała niepokojąca cisza... mam nadzieję, że nie przesadziłaś z tym ulicznym jedzeniem.
OdpowiedzUsuńJedzenie w ogóle staram się ograniczać;)
UsuńSyna żeniłam i trochę mi zeszło.
Dzięki za troskę
Jeśli jakoś mogę zrozumieć chęć wspólnego jedzenia, choćby na ulicy, to nijak nie wiem, czemu tej kawy nie można sobie wrzątkiem zalać w domu? Wokół roweru chyba nie tworzy się krąg pijących wspólnie?
OdpowiedzUsuńTu akurat działa to odwrotnie - tukang kopi podjeżdża do potrzebujących. To może być grupa pracowników mających przerwę, młodzież odpoczywająca na trawie czy ludzie czekający na cokolwiek. Ibu jamu działą zresztą podobnie. Kawa w towarzystwie smakuje lepiej ;)
UsuńNo, teraz rozumiem :) Frontem do klienta. Podoba mi się.
OdpowiedzUsuńAktywne poszukiwanie rynków zbytu ;)
UsuńPozdrawiam
Słyszałam, czytałam, że jedzenie w Indonezji jest niezwykle smaczne i tanie, i każdy znajdzie coś dla siebie. Potem pojechałam na Bali i prawie nic mi nie smakowało. Rosół, owszem, był smaczny, ale dlaczego pływały w nim surowe warzywa? Makaron, ryż miały przyprawy nieznośne dla Europejczyków. Smakowała mi tylko zupa dyniowa, bo była jak moja domowa - z imbirem. A przepis polski na nią nazywał się "austriacka zupa dyniowa", a tu na Bali taka właśnie "austriacka" :) Kopi luwak nie piłam, ale piłam frappe, bardzo smaczną i nawet zjadłam gofra. Był europejski. Na ulicy nic nie jadłam, ani nie piłam, a wodę faktycznie tylko z butelek. Chociaż zęby płukałam chyba kranówką. Nic z żołądkiem mi się nie działo. Ogólnie zupełnie nie miałam apetytu w tym upale.
OdpowiedzUsuńWiesz, Bali jest dość specyficzne, z wielu względów. I zupełnie inne niż reszta Indonezji. Naprawdę można znaleźć dobre jedzenie, ale nie w miejscach turystycznych
UsuńZapewne nigdy nie odwiedzę Indonezji, ale dzięki Twojemu blogowi odbyłam piękną, wirtualną podróż...Dziękuję:-)
OdpowiedzUsuńW kwietniu 2014 roku nie myślałam nie tylko o przyjeździe do Indonezji, ale w ogóle o tym kraju. Wylądowałam w Dżakarcie 4 miesiące później. Jakby Ci się też tak niespodziewanie trafiło- będziesz miała jak znalazł.
Usuń:) Nie wybrałbym się do Egiptu, a już szczególnie latem, byłem w lipcu w Turcji i mało nie zszedłem z gorąca. Nie lubię takiej pogody, chyba wychodzi na to, że jestem w jakiejś części Anglikiem albo coś. :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Może Wikingiem?
UsuńDzień dobry :)
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawy post.
Zajrzałam do Ciebie dzisiaj po raz pierwszy, ale spodobało mi się, więc będę zaglądać. Idę poczytać wcześniejsze posty. Anna
Miło mi, że Ci się podoba. Zapraszam częściej
Usuń