Tego człowieka traktuje się inaczej |
Zaczęło się już w samolocie. Przed lądowaniem steward przeszedł rozpryskując coś w powietrzu. Bo takie wymaganie władz. Nieważne, że dzieci czy alergicy. Tak ma być i już.
Na lotnisku mnóstwo ważniaków. Ważni, bo mają mundury i władzę. Żadnego uśmiechu, żadnego słowa ( i tak byśmy nie zrozumieli) tylko władcze spojrzenia i rozkazujące gesty. Dopiero kiedy postanowiliśmy wyjść innym wyjściem niż wszyscy, wzbudziliśmy zainteresowanie. Ale nie życzliwe. Zaczęli biec w naszym kierunku krzycząc coś. Dobrze, że nie strzelali. Spuścili z tonu na widok paszportów, pozwolili wyjść bez kolejki.
Czułam się stale kontrolowana. Przy wejściu na stację metra skanowanie bagażu i pasażerów, potem jeszcze poprawiane ręcznie. Nie dotykaj mnie! Nic dziwnego, że w godzinach szczytu do metra ustawia się długa kolejka.
Najgorszą kontrolę przeszłam na lotnisku, w drodze powrotnej. Pokrzykiwania, groźne spojrzenia, nie znoszące sprzeciwu gesty. Oczywiście torebka skanowana, ja przechodzę przez bramkę. Za bramką kobieta każe mi stanąć, rozłożyć ręce. Procedura taka sama dla wszystkich, tyle że mężczyzn bada mężczyzna. Sprawdza aparatem, ale jednocześnie drugą dłonią mnie gładzi. Nie wytrzymałam kiedy włożyła mi rękę za pasek spodni. Wrzasnęłam. Trochę się zdziwiła, ale przestała. W torebce oczywiście coś wykryli. Każą otworzyć. Pytam czego szukają, nie dostaję odpowiedzi. Pokazuję metalowe lusterko. Nie to. Wyjmuję portmonetkę, poganiają, żebym otworzyła. A tam mnóstwo monet. Boże kochany, monet na zdjęciu nie mogą odróżnić?
Czy trzeba podpisywać? |
Świątynia Konfucjusza |
W dawnym urzędzie |
Zakazane Miasto to świetna sceneria do zdjęć ślubnych |
Najważniejsze w zwiedzaniu jest lokalne jedzenie i ludzie. I jedno i drugie dostępne w małych, z wyglądu podłych, knajpkach. Sama bym tam nie weszła, ale jak bywalec prowadzi to trzeba zamknąć oczy na brud i mu zaufać.
I rzeczywiście. Spróbowaliśmy niemal wszystkiego z karty. Było przepysznie, wręcz fenomenalnie. Nie pamiętam co dokładnie jedliśmy, ale były warzywa najróżniejsze, mięso, ryba i trochę ryżu. W najlepszych restauracjach tak dobrze nie jadłam. Gościliśmy się długo. Około godziny 22 wyszli kucharze na swój posiłek. Załadowali sobie ogromne michy ryżu (dla mnie porcja na tydzień), od czasu do czasu sięgali do miski z zieleniną. Bardzo chciałam zrobić zdjęcie, ale uznałam, że nie wypada. Nigdy nie widziałam człowieka jedzącego czysty ryż z takim apetytem. Pałaszowali aż im się uszy trzęsły. Ich twarze, oczy, ruchy- to wszystko było bardzo teatralne. Może rzeczywiście pracowali za miskę ryżu i był to ich jedyny posiłek w ciągu dnia? Tak pomyślałam, bo wcześniej widziałam na ulicy człowieka z takim samym apetytem wcinającego z miski.... błotnistą ziemię. Wyobraźcie sobie ten surrealizm. Pod drzewem siedzi człowiek, w jednej ręce trzyma pałeczki, w drugiej metalową miskę i z pośpiechem ją opróżnia. A miska pełna pomarańczowej ziemi. Pomyślałam, że jest chory. Ale może rzeczywiście był głodny i bezdomny? Widziałam bezdomnych śpiących w przejściach podziemnych, ale żebrzących w Pekinie nie ma. Władza o to dba.
Oczywiście ludzie spotykani w stolicy nie dają prawdziwego obrazu społeczeństwa. Często są to turyści. A mieszkańcy zwykle są bogatsi niż reszta kraju. Ale co nieco można zaobserwować.
Wieczorem wyszliśmy na spacer. Z parku dobiegała muzyka. Postanowiliśmy sprawdzić. Znaleźliśmy towarzystwo tańczące. Przechodnie się dołączali. Po prostu ktoś przyniósł magnetofon, a kto chciał ten tańczył. Taniec w kółku, określone, jednakowe dla wszystkich kroki. Coś jak indonezyjski line dance. Istotą jest działanie wspólnotowe.Więcej o indonezyjskim tańczeniu TUTAJ
Wspólny śpiew |
W Pałacu Letnim znowu poszliśmy za muzyką. Tym razem znaleźliśmy fantastyczny chór złożony z nieznających się wcześniej ludzi. Kto chciał dostawał kartkę z nutami i dołączał. A głosy mieli wspaniałe! Było też kilku solistów, trenujących głos w oddaleniu.
Mijaliśmy ludzi ćwiczących tai-chi. I rodziny z dziećmi. Dzieci, nawet te ledwo, chodzące bez pieluchy. Zaopatrzone w porteczki z pęknięciem między nogawkami. Maluch po prostu kuca i robi co potrzebuje. Także zimą podobno.
Lubię podglądać jak ludzie żyją, zaglądać w okna. W Pekinie to nie było możliwe. Jakoś w wieżowcach ciężko było cokolwiek dostrzec. A tradycyjne budownictwo to hutongi. Czyli kilka budynków, połączonych ze sobą, ustawionych frontem do wspólnego dziedzińca. Frontem, czyli na zewnątrz widać tylko ściany, nie ma którędy zajrzeć do wnętrza.
Hutong z zewnątrz |
Wielki pierd? |
Po komentarzu Jotki o czystości postanowiłam dodać parę zdjęć. Bo owszem, jak na azjatyckie standardy jest czysto. Kosze na śmieci są łatwo dostępne. Dzięki temu rodzice mogą sprzątnąć to co dziecku wypadnie ze spodni. Co kawałek są publiczne toalety. Łatwo można do nich trafić kierując się zapachem (i nie jest to zapach fiołków). Nie wiem jak wyglądają wewnątrz, bałam się sprawdzać. Powiedziałabym, że jest socjalistycznie czysto. Czyli wszyscy dbamy o wspólne dobro. I plujemy gdzie popadnie.
Na spotkaniu towarzyskim pani powracająca z Chin zachwycała sie czystością na każdym kroku i postępem technicznym.
OdpowiedzUsuńChciałabym zwiedzić kiedyś Chiny , ale właśnie kierując się smakami i tradycją, a podobno najlepsze potrawy w Azji jada sie na ulicach, a nie w drogich restauracjach...
Ostatnie zdjęcie powoduje dziwne skojarzenia ;-)
Porównując do Dżakarty, rzeczywiście można powiedzieć, że czysto. Ale nie do zachwytu. Chociaż mój obraz może być zaburzony. Było deszczowo, a wtedy jest subiektywnie brudniej. W każdym razie jest dość zgrzebnie. Dodałam zdjęcia, żebyś wiedziałą o czym mówię.
UsuńWiesz, ja się boję typowego street foodu. Stoi to cały dzień w upale, naczynia są myte w wiadrze z brudną wodą, brr. Ale małe knajpki z lodówką i bieżącą wodą, czemu nie? W Pekinie na ulicy jedzenia nie widziałam, tylko takie małe jadłodajnie.
Ja zawsze jak korzystam z chińskich czy wietnamskich restauracji wmawiam sobie, że tam obowiązują inne standardy czystości niż w Europie i nie ma się co za bardzo przejmować.
OdpowiedzUsuńTo akurat prawda. Inne standardy. Ważne, żeby po posiłku się dobrze czuć ;)
UsuńMiałam kiedyś taki okres w życiu, że Chiny były moja pasją. Znałam nawet nazwiska wszystkich przywódców przed i po Bandzie Czworga :) Potem mi przeszło, kiedy zainteresowałam się Tybetem. Czar prysł. Nawet sentencje Konfucjusza już nie wydają mi się takie mądre.
OdpowiedzUsuńNo cóż, Chiny to państwo imperialistyczne. A Konfucjusz chyba nie myślał o Tybecie. Trochę mam wrażenie, że Chińczycy traktują jego nauki jak skarb narodowy- są dumni, ale wolą nie korzystać, żeby nie zużyć.
UsuńZnaczy, szanują i oszczędzają dobra narodowe. I słusznie - jeszcze się kiedyś będą mogły przydać ;)
UsuńMiejmy nadzieję, że będzie "kiedyś"
UsuńMam Chiny na celowniku od kilku lat, i co roku rezygnuję. Dochodzą do mnie tak sprzeczne opinie, że w końcu muszę sama zabaczyć. jedni , że brudno okropnie, inii, że wcale nie. Że pilnują, albo że niekoniecznie. Że warto, że bez sensu. Moim zdaniem bez sensu to nigdy nie jest, tylko można lepiej lub gorzej trafić. jak jest jakiś znajomy tubylec, to zawsze lepiej...
OdpowiedzUsuńA jedzenie to zawsze najmilszy punkt w programie:)
Oczywiście, że warto. Choćby po to, żeby mieć własne zdanie. Myślę, że zależy gdzie się pojedzie i jak głęboko się wniknie.
UsuńMimo kontroli i nadzoru i tak zazdroszczę tego co widziałaś :) Spróbować innych smaków kuchni i zobaczyć odległy zakątek świata - bezcenne
OdpowiedzUsuńTego nadzoru też warto dotknąć. Żeby sobie przypomnieć jak u nas było.
UsuńKiedy wybierałam zdjęcia do wpisu uświadomiłam sobie, że przecież w sieci roi się od podobnych. Po co więcej się tułać? Po to czego nie znajdzie się na żadnym zdjeciu- zapachy, smaki, emocje.
Dlatego są tak bezcenne
UsuńTeż tak uważam. Chociaż są tacy, którzy twierdzą, że to strata pieniędzy
UsuńJakoś niezbyt pociągające te Chiny... Tylko pierd robi wrażenie!
OdpowiedzUsuńWiedziałam, że Ci się spodoba!
UsuńMimo minusów fajna wycieczka. Chociaż fakt, Chiny jako kraj i ich podejście do człowieka, praw człowieka, jest okropny.
OdpowiedzUsuńTo też trzeba zobaczyć. Żeby wiedzieć co możemy stracić.
UsuńRyż dla Chińczyka to jak dla Polaka ziemniaki. Kiedy Chińczyk pracuje za miskę ryżu, to jest w lepszej sytuacji od niejednego Polaka w Polsce, któremu właściciel firmy płaci nieregularnie, i nie w każdym miesiącu.
OdpowiedzUsuńO Chinach wiem sporo, ale przeczytałam Twoje wspomnienia z zainteresowaniem. Osobiście nie chciałabym tam mieszakć na stałe, ale wielu Polaków na to się zdecydowało. Jakoś się przyzwyczajają do tego, że tam jada się wszystko co się rusza, że chińscy urzednicy z trudem ogarniają pracę z komputerem, że w zwykłym sklepie nie kupi się masła...
W Chinach jest inaczej i tego nie przeskoczysz.
Wiele mówi się w Europie o łamaniu prawa człowieka w Chinach, a jak jest u nas? r Z raportu The Global Slavery Index 2016 wynika, że w Polsce jest ponad 180 tysięcy niewolników. To niby kropla w morzu wobec światowej liczby 46 milionów, ale przecież w Polsce niewolnictwo jest zakazane prawem.
Ciekawi mnie, czy w chińskich barach/restauracjach dodaje się do jedzenia glutaminian sodu, co jest nagminne w ichnich jadłodajniach w Polsce. MSG wprawdzie jest przez unijne prawo dopuszczone do użycia w żywności, ale wiadomo, że jest neurotoksyną.
Pozdrawiam słonecznie
O maśle nie wiedziałam,kupiłam w sklepie wyglądającym na zwykły. I jeszcze pyszny jogurt (to nawet w kiosku) i mąkę razową. Pod tym względem jest zdecydowanie lepiej niż w Indonezji.
UsuńNie mam pewności co do glutaminianu sodu. Nie wyczułam, ale w garnki nie zaglądałam. Ale wiesz, to co w Polsce nazywamy chinszczyzną, kolo chińskich dań nawet nie leżało
Kilka lat temu byłam w Chinach i został we mnie taki dziwny niesmak; oczywiście to wszystko co tam można zobaczyć robi wrażenie i zwala z nóg (dosłownie i w przenośni), ale mnie jakoś ten kraj nie oczarował - po prostu inny świat, którego mój mózg nie potrafił ogarnąć :)
OdpowiedzUsuńAzja to w ogóle inny świat. Porównując z Dżakartą - wolę Pekin. Ale w Polsce najlepiej
UsuńChiny są egzotyczne, więc oglądamy otwartymi oczami, a refleksje przychodzą później, bo te z dystansu są bardziej wyważone. Ja czytałam z zainteresowaniem, ponieważ uchwyciłaś rzeczy dla mnie nieznane, chociaż Chinami interesowałam się z racji wyjazdu znajomej.
OdpowiedzUsuńZgadzam się, że ludzie i smaki tworzą niezapomniane obrazy w naszej wyobraźni. Czekam na więcej...
Serdeczności zasyłam.
Dla Europejczyków całą Azja jest bardzo egzotyczna, bo bardzo różna od tego co znamy. Chociaż przecież każdy jej kawałek jest inny.
UsuńDla Europejczyków całą Azja jest bardzo egzotyczna, bo bardzo różna od tego co znamy. Chociaż przecież każdy jej kawałek jest inny.
UsuńPamiętam jeszcze spluwaczkę, która stała w geesowskim sklepie spożywczym... boszszsz... ależ jestem stara ;) aha... spluwających do niej najprawdopodobniej wymazałam z pamięci ;)
OdpowiedzUsuńW Chinach nie ma spluwaczek. Przynajmniej ja ich nie zauważyłam. pluje się od tak, pod nogi
UsuńW Chinach nie ma spluwaczek. Przynajmniej ja ich nie zauważyłam. pluje się od tak, pod nogi
UsuńBardzo ciekawa wycieczka Ewo. Te opowieści i fotografie są imponujące i takie egzotyczne, a zarazem trudne do ogarnięcia, że miejscami może być na prawdę, ciężko, skromnie, ubogo, czy wręcz niechlujnie. Będąc w innych krajach np. Turcja bądź Tunezja zwróciłam uwagę na to, że same hotele i okolica jest zrobiona pod turystę, pięknie, czysto, bogato, a w wioskach, w których mieszka tamtejsza ludność już nie jest tak kolorowo. Najczęściej kraje znamy od tej lepszej strony, telewizja, internet, czy biura podróży przedstawiają nam najczęściej same cuda natury i pozytywną stronę danego kraju. To co się tam dzieje na prawdę może zobaczyć niewielu turystów.
OdpowiedzUsuńNie mieszkałam w hotelu, więc o wnętrzu się nie wypowiem. Z zewnątrz różnicy nie widać, wszędzie jest dość zgrzebnie. Ale odwiedziłam sklep ze światowymi markami. Ceny wywołują zawrót głowy.
Usuń