poniedziałek, 6 czerwca 2016

Wróciłam z kolonii

   I nie o kolonie letnie tu chodzi, ani nie o kolonię karną (chociaż po dwóch tygodniach podróżowania ukarana zostałam kompletnym brakiem weny do opisania tego, co widziałam). Wróciłam z dawnej kolonii brytyjskiej, a przy okazji zahaczyłam też o portugalską. Czyli Hongkong i Macao.

   Hongkong, specjalny region administracyjny Chińskiej Republiki Ludowej nie urzekł mnie ani trochę. Po prostu wielkie miasto, pełne drogich sklepów. Armani, Chanel, Vuitton, Valentino, Hermes, Bulgari, Cartier, zawrót głowy czyli nudy. Ale po kolei.
   Lotnisko, wysiadamy z samolotu. Nagle wyrasta przede mną niewielka kobitka, maska na twarzy, rękawiczki i pistolet! Zatrzymuje mnie i przystawia pistolet do czoła. No rany Julek! Na szczęście tylko mierzyła mi temperaturę. Dlaczego mnie wybrała? Byłam bez makijażu, czoło i okolice nosa dziwnie czerwone. Trochę żałowałam, że byłam zdrowa. Ciekawe co by ze mną zrobili. Ale tak, na punkcie zarazków mają hopla. W różnych miejscach można spotkać dozowniki płynów antybakteryjnych z zachętą do skorzystania. Przy poręczy schodów ruchomych informacja, że jest ona regularnie odkażana. Trochę paranoja, ale może lepiej przesadzać w tę stronę.
  Jedziemy do hotelu transportem publicznym. System opłat jest zbyt skomplikowany jak na mój gust. Decydujemy się na kartę przedpłaconą. Można ją łatwo doładować, ewentualna nadpłata wraz z depozytem zostanie nam zwrócona. Jak się później okazało po potrąceniu opłaty manipulacyjnej. Jest ważna w autobusie, tramwaju, metrze, na promie, można  też płacić nią w niektórych sklepach. Ile kosztuje przejazd? Różnie. Zadziwiające jest to, że w autobusie płaci się za całą trasę, nawet jeśli przejeżdża się jeden przystanek. A trasy ceny mają różne. W metrze zdaje się, że zależy to od długości przejazdu. 
  Do autobusu (piętrowego oczywiście) wsiada się przednimi drzwiami. Kierowca kontroluje czy przyłożyliśmy kartę do czytnika. A jeśli karty nie mamy- czy wrzuciliśmy należność do skrzynki, bez wydawania reszty. Czyli lepiej kartę mieć. Kierowcy jeżdżą bardzo szybko. Momentami miałam wrażenie, że szaleńczo, zwłaszcza kiedy pokonywaliśmy górskie serpentyny.

  Zwiedzanie zaczęliśmy od pokazu "Światło i dźwięk" na nabrzeżu. Eee tam, nie było czym się zachwycać. Oświetlone drapacze chmur i tyle. Pospacerowaliśmy po parku założonym na miejscu dawnych slamsów. To trzeba Hongkongowi przyznać- jest zielono i czysto. Pojechaliśmy na najwyższe wzniesienie, żeby zobaczyć te cuda z lotu ptaka. Ładnie. Poszukaliśmy zachwalanej w przewodniku tradycyjnej wioski, o której nawet tubylcy niektórzy nie wiedzieli. Lipa. I oczywiście łaziliśmy po ulicach pełnych drogich sklepów, co krok nagabywani przez naganiaczy: " Zegarki, torebki, świetne kopie". Ohyda. Około godz. 22 ujrzałam kolejkę przed sklepem Chanel. Wpuszczali tylko po kilka osób. Nie wiem czy za darmo coś rozdawali, nie chciało mi się czekać. Poza tym mnóstwo sklepów z chińskimi medykamentami.
Światło i dźwięk
Światło i dźwięk
Tradycyjna wioska
   Jak widać na zdjęciach pogoda nie była łaskawa. Momentami po prostu lało. Ale właściwie nie trzeba moknąć. Idzie się albo arkadami, albo zadaszonymi przejściami nad/wzdłuż ulicy. Od jednego do drugiego centrum handlowego. Przebyliśmy tak dobre 3 km. 

Miłość w centrum miasta
Wejście do największej w Hongkongu świątyni
  Język oficjalny to chiński i angielski. Napisy wszystkie są dwujęzyczne. W hotelu można się po angielsku dogadać, w restauracji czy sklepie już niekoniecznie. Powaliła nas kobieta, która poproszona o wyjaśnienie co sprzedaje najpierw tłumaczyła po chińsku, a widząc, że nie rozumiemy podała do przeczytania ulotkę. Po chińsku. Mów do mnie drukowanymi!
c.d.n.








35 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Na zdjęciach jakoś tak lepiej wygląda

      Usuń
  2. Przyjaciel mojego syna mieszka w Macao, więc kilka razy byłam świadkiem ciekawych opowieści o tym miejscu. No i o tej zarazkowej fobii tez opowiadał:). Ma żonę, Chinkę z Macao właśnie, i ona na każdym zdjęciu ma maseczkę - nie mam pojęcia, jak naprawdę wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc bałam się nawet zakasłać. Miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą z wyrzutem. Taka chora i bez maseczki!

      Usuń
    2. EWo, mam takie pytanie - jakie temperatury panują w drugiej połowie lipca w Indonezji? Wiem, że to bardzo szerokie pytanie, ale być może będę tam, i to w różnych miejscach...

      Usuń
    3. Anno, w zasadzie przez cały rok temperatury są podobne. Czyli w okolicach 30 stopni, częściej powyżej. Chociaż w górach bywa bardzo zimno, nawet poniżej 20 podobno. Ale to chyba w nocy i wysoko. Najniższa jakiej ja doznałam to ok. 24. Było tak zimno, że nasz kierowca się rozchorował! No, ale dla nas było całkiem przyjemnie.
      W zależności od położenia geograficznego zmienia się wilgotność. I to ona tak naprawdę jest najgorsza, bo od niej zależy odczuwanie temperatury. Tak czy siak jest gorąco jednak.
      Lipiec to pora sucha, czyli w zasadzie deszczu być nie powinno. A jeśli nawet to krótki.
      Fajnie, że się wybierasz. Co planujesz zobaczyć?

      Usuń
  3. Mimo wszystko wieżowce oświetlone pięknie i te flamingi....
    Początek podróży miałaś jak w filmie SF, a ta zarazkofobia bardzo utrudniać życie musi. Czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do poziomu detektywa Monka jeszcze nie doszli, ale są na dobrej drodze. Lepsza zarazkofobia niż nonszalanckie (czyli indonezyjskie) podejście do mycia rąk po wyjściu z toalety.

      Usuń
  4. Znaczy się, że w Hongkongu Chińczycy nie zrobili rewolucji kulturalnej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak robili rewolucję u siebie to w Hongkongu rządzili Brytyjczycy. Teraz nadrabiają.

      Usuń
  5. Radek Koterski powiedział kiedyś, że nie ma chyba takiego drugiego miejsca na świecie, gdzie tak wyraźnie ścierałaby się kultura wschodu z kulturą zachodu. Hong Kong znam z opowiadań i filmów dokumentalnych. Podoba mi się, że jest tłumnie na ulicach. Uwielbiam tłum. Poza tym jestem pod wrażeniem urody ludzi dalekiego wschodu.
    Czekam z niecierpliwością na c.d.

    Pozdrawiam słonecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że kultura wschodu już jest prawie starta. Bardzo się musieliśmy jej naszukać. Bardziej to ścieranie się widzę w Indonezji. Ale może to tylko moje spaczone postrzeganie. Bo do tutejszego typu urody też się już przyzwyczaiłam. Do tego stopnia, że u własnego męża dostrzegam wielki nos. W takiej rzeczywistości na co dzień żyję.
      Pozdrowienia!

      Usuń
  6. A mogłabyś rozważyć Ewo opisanie, jak to w praktyce wygląda w miejscu Twojego zamieszkania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, rozważyć mogę. Ale nie obiecuję. Nie nadążam z bieżącymi tematami. Mam do opisania 3 miejsca, ze 2 książki, kilka zdarzeń codziennych i parę wpisów tematycznych. Powinnam pisać co najmniej 2 razy w tygodniu. Oj!

      Usuń
    2. Blogowe obciążenia, rzecz straszna. A jeśli chodzi o tekst najświeższy, to ten sklep Chanel mnie zaintrygował. Taka ze mnie materialistka. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Najgorzej jak pomysł jest, zapotrzebowanie społeczne też tylko czasu i natchnienia brak.

      Usuń
  7. Nadmiar higieny jest tak samo fatalny, jak niedobór, tylko przy nadmiarze nie dostrzegamy natychmiastowych efektów. Człowiek wytwarza warstwę ochronną, gdy ją ścieramy odkażaczami, stajemy się bezbronni i podatni na alergie oraz choroby autoimmunologiczne, a także musimy cały czas żyć w bardzo sterylnym środowisku. Każde wyjście poza sterylny świat może skończyć się śmiercią z powodu zwykłego kataru.
    Azji prawie nie znam. Pewnie chciałbym zobaczyć Hongkong, ale z większą radością pojechałbym gdzieś w przyrodę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie moje zaczerwienione czoło stanowiło zagrożenie. Ale i tak wolę sterylność od indonezyjskiego zdziwienia po co myć ręce po skorzystaniu z toalety.
      Masz rację, że wolisz przyrodę. Hongkong jest nudny.

      Usuń
  8. No to się od rana napodróżowałam z Tobą:-)))
    Dzięki serdeczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama-sama, jak to u nas (w Indonezji) mówią.

      Usuń
  9. Bardzo ciekawa wycieczka i zdjęcia. Też trochę we mnie jest z materialistki, więc pewnie tych pseudo firmowych sklepów bym nie odpuściła, nikt nie robi lepszych podróbek jak Chińczycy. Z higieną pewnie dla tego tak szaleją, bo ludności i chorób u nich jest całkiem sporo. Pamiętam jak panowały te śmiertelne grypy i polecieliśmy do Turcji. Na lotnisku przywitali nas kosmici w specjalnych kombinezonach i maskach na twarzy :) Do Chin by mnie raczej nie wpuścili, bo już na pierwszy rzut oka widać, że jestem jednym wielkim skupiskiem różnych chorób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiem czy te podróbki to w sklepie czy po prostu w bramie. Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego nie sprawdziłam. Może zbyt nachalni byli.
      Oni tylko w Hongkongu tak szaleją z higieną. W sąsiednim Macao już nie kontrolowali. Dużo by stracili nie wypuszczając Cię, oj dużo. Ale skąd mogliby wiedzieć co tracą?

      Usuń
  10. Też nie lubię tej nachalności. W Turcji mają tak samo i aż mi się wtedy zakupów odechciewa, jak tak chodzą za mną i nudzą. Nie mówiąc już, żeby przystanąć i rzucić okiem na coś konkretnego.
    Nie straciliby dużo, bo ja taki najzwyklejszy turysta jestem, co to kasą nie szasta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozytywną energią szastasz! A to cenniejsze od pieniędzy

      Usuń
    2. A dziękuję bardzo Ewo, staram się :) Niestety dla większości ludzi nie to jest najcenniejsze.

      Usuń
  11. Ja nie bywam w Azji, a wszystko, co kupuję i tak jest chińskie ;) Nawet jak nie chcę. A bardzo nie chcę!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyśl o tych biednych dzieciach, które nie miałyby za co utrzymać rodziny, gdybyś nie kupowała!

      Usuń
    2. Jak o tym myślę, to jeszcze mi gorzej :(

      Usuń
  12. Robi wrażenie, nawet jeśli na Tobie nie do końca...
    Dobrze, że nie trzeba było moknąć. Pogoda może jednak znacznie utrudnić zwiedzanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj może, niestety. Zwłaszcza, że deszcz w Azji nijak się ma do naszej mżawki

      Usuń
  13. Ciekawa wyprawa Ewo, kraje egzotyczne są inne niż europejskie i nasza Polska. Fobia w walce z bakteriami, to specjalność Azjatów. Może nawet to nie jest takie złe, ale trudno uznać ludzi w maskach na ulicy za normalny widok. Nas jeszcze to dziwi.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do masek jestem przyzwyczajona. W Dżakarcie są powszechne, chociaż z zupełnie innych powodów. Po prostu czasem zanieczyszczenie powietrza jest nie do zniesienia.

      Usuń
  14. Jest tak gorąco i jeszcze zakładają maseczki? I jak tu odetchnąć pełną piersią ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tego nie rozumiem. Kiedyś spróbowałam- nie do wytrzymania. Ale noszą też kurtki puchowe.

      Usuń
  15. Ja kocham HK z wzajemnością :) Byłam tam kilka razy, zawsze w porze deszczowej, często przez parę tygodni. I miałam to szczęście, że nigdy nie widziałam tam deszczu, ani pochmurnego nieba. Raz był tylko "tropical cyclone" i promy na wyspy nie kursowały...

    OdpowiedzUsuń