piątek, 27 października 2017

Sierocy chleb

   Północna część Jakarty, dość blisko wybrzeża. Jedziemy szeroką ulicą. Dzielnica nie wygląda biednie. Domy są do siebie poprzyklejane, piętrowe, murowane i kryte dachówką. Prawie pozbawione okien, ale dzięki temu wnętrze się nie nagrzewa. Niektóre od frontu mają sklepiki ze wszystkim. Całkiem schludne. Zostawiamy samochód pod Alfa-martem (supersam spożywczy). Ostatnie 100 metrów pokonujemy pieszo. Uliczka jest wąska. Samochody nie mają szans się wyminąć, a i zawrócić byłoby ciężko.

   Jest dość czysto. Nie ma też zapachu ścieków. Ulica jest betonowa, nie trzeba skakać przez kałuże czy inne dziury. Nie ma też pułapek w postaci niepewnie zabezpieczonych kratek kanalizacyjnych. Prawdę mówiąc w ogóle ich nie ma, ale to zauważę dopiero później.  Mijamy świeżo wybudowany meczet. Na jego schodach siedzą kobiety, wokół kręcą się małe dzieci. Czekają aż starsze zakończą lekcje.
   Stajemy przed niczym się nie wyróżniającym budynkiem. Może tylko tym, że wzdłuż całej ściany na piętrze posiada balkon, a sama ściana jest świeżo pociągnięta farbą. Mam wrażenie, że malowanie nie jest dokończone. 
   Wchodzimy na wybetonowane podwórko. Drzwi do budynku są otwarte. Trochę dziwne, że podłoga jest jakieś 30 cm poniżej poziomu podwórka. Widać dywany i siedzące na nich osoby. To gabinet kierowniczki tej placówki. Zaprasza nas do środka. W rogu stoi biurko, obok szafa na dokumenty i dwie maszyny do szycia. Ale nas bardziej interesuje piętro. Wąskimi i bardzo stromymi schodami wchodzimy na górę, mijając ciemną kuchnię na półpiętrze. Nie mogę odgonić myśli, że ten budynek ledwo się trzyma kupy i jakie to niebezpieczne dla dzieci. Chyba mam większe pojęcie o budownictwie niż ten kto postawił to dzieło. Ściany odbiegają od pionu, to widać gołym okiem. Okna  (świetliki raczej) też wstawiane na chybił trafił. Do tego jakieś dziwne podesty do schodów, wyrastające ni z tego ni z owego. 
   Wreszcie sypialnia. Sypialenka właściwie. Mieszka tam 9 chłopców. Pod jedną ścianą krzywe szafki, pod drugą stos gąbkowych materacy. Podejrzewam, że wieczorem zajmują całą podłogę. Pokój jest dość ciemny. Światło sączy się przez dwa okna o szerokości 30 cm każde. Jest duszno. System wentylacyjny to wywietrzniki nad oknami, taka misterna betonowa koronka, bardzo ładna, ale nieskuteczna. Bo nie ma niczego co wymusiłoby obieg powietrza.  
   Idziemy do sypialni dziewcząt. Jest większa i jaśniejsza. Ale i dziewczyn jest aż 15. Wyposażenie takie jak u chłopców. Malowanie ścian jeszcze niedokończone. Z szafy słyszę chrobotanie. Nie chcę wiedzieć kto tam mieszka. Zastanawiam się gdzie te dzieci się bawią, odrabiają lekcje. Może w holu? Całą jego ścianę zajmuje biblioteczka. Książki różne, dużo arabskich. 
   Ponure wrażenie to na mnie robi. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak było. Wspólna sypialnia mieściła się na parterze. Ale kiedy podniesiono ulicę ( a zapomniano o odprowadzeniach wody!) to podczas deszczu wszystko ściekało do położonej niżej sypialni. Za pieniądze Women's International Club (którego jestem przedstawicielką) wybetonowano podwórko. Nie rozumiem tego, bo podłoga budynku dalej jest poniżej jego poziomu. Poza tym przystosowano piętro- podniesiono sufit (był na wysokości 160 cm) i zrobiono dwie sypialnie. 


   Żeby poznać dzieci idziemy do szkoły obok. Jest to szkoła państwowa, ale większość uczniów to muzułmanie. Idziemy podcieniami tak niskimi, że muszę się schylać. Do klas na parterze wchodzi się wprost z podwórka. Ciemne te klasy. Nie chciałabym tu pracować. 

                            

                                         
   Dzieci, widząc nas wybiegają na zewnątrz. Każde chce się przywitać. Podane dłonie całują albo przykładają do czoła. Mam łzy w oczach.

   Dwa dni później odwiedzam inny sierociniec. Bardzo stary, powstał w XIX wieku, a w tym miejscu jest od ponad 60 lat. Budynki są sukcesywnie remontowane. Jest duży ogród, przestronna kuchnia, obszerna jadalnia. Właściwie zaczynam się czuć trochę jak na koloniach. Budynki, w których mieszczą się sypialnie stoją wśród zieleni. Przypominają domki kempingowe. W każdym pokoju dwa piętrowe łóżka. Można polubić to miejsce. I cóż, trudno się oprzeć wnioskowi, że wiele zależy od zarządcy. 












40 komentarzy:

  1. Kolosalna różnica między tymi dwoma budynkami, więc może jednak wiele zależy od zarządzania, a nie warunków obiektywnych, do wszystkiego trzeba mieć serce.
    Z drugiej strony - nasze dzieci mają wszystko, a i tak im się nie chce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak się złożyło, że te instytucje są zarządzane przez wspólnoty religijne. Chodzi o różne religie, dodam.
      Odwiedzając takie miejsca też zawsze myślę o naszych dzieciach. Ale chyba częściej o nauczycielach. Jak mało doceniamy to co mamy.

      Usuń
    2. Każdy pragnie być docenionym, a z tym mamy wyraźny problem. Jako były nauczyciel obserwowałem ten problem i często z goryczą o nim pisałem

      Usuń
  2. I teraz zwątpiłam, czy jest to kwestia biedy, czy zaniedbania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jednego i drugiego. I tu i tu mają mało, na nasze standardy nawet biednie. Jedni potrafią tym zarządzać, inni nie.

      Usuń
  3. Myślę że wszystko zależy od ludzi. Nie od polityki, partii, religii, finansów, tylko od ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno od ludzi. Wiesz, ja próbuję nie patrzeć na ludzi przez pryzmat ich pochodzenia, poglądów czy wyznania. Ale niestety chyba te kwestie mają ogromny wpływ na to jak żyją. Nie chcę zmuszać ich do naszego stylu życia, niech śpią na podłodze skoro lubią. Ale dlaczego ta podłoga ma być zaśmiecona?

      Usuń
  4. Natychmiast pojawia się porównywanie, skalowanie,odnoszenie do czegoś.Czy to ma sens ? Pomaganie też wg naszej skali wartości ale czy ona właściwą? Na mojej wsi żyje rodzina. Niemal na ulicy żyje, tak jak umie. Pali ogniska, piecze ziemniaki. Dzieci czarne i białe bawią się i śmieją.Biegają za psami na ulicę umorusane.W Niemczech, Szwecji już by wylądowały w sierocińcu lub gdzie indziej a tu są szczęśliwe. To widać że szczęśliwe.Nie zawsze nasza miara jest dobra bez odniesienia jej to wielu rzeczy, okoliczności uwarunkowań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety są sytuacje, w których skalowanie jest konieczne. Pieniędzy na pomoc nie starczy dla wszystkich. Trzeba wybrać i dać albo temu kto ma gorsze warunki, albo temu kto lepiej pieniądze spożytkuje. Tym razem wygrały gorsze warunki

      Usuń
  5. A my narzekamy ... Religia, religią (wszystkie są siebie warte!), ale szkoda mi tych dzieci, których jedynym pechem jest to, że urodziły się tam, gdzie się urodziły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Religia być może nie ma tu nic do rzeczy. Zwłaszcza, że niezależnie od wyznania organu prowadzącego przyjmuje się dzieci różnych wyznań. Być może to przypadek (chociaż nie pierwszy), że u chrześcijan widać rozsądek w wydawaniu pieniędzy

      Usuń
    2. W Jakarcie pewnie tak, gdyż gdzie indziej bywa z tym różnie:)

      Usuń
    3. W całej Indonezji to widać. Co ja na to poradzę?

      Usuń
  6. Dzieci zawsze szkoda, a to dorośli za nie odpowiedzialni, religia nie ma nic do rzeczy, tylko fakt, czy ktoś nauczył gospodarowania pieniędzmi i odpowiedzialności za powołanie do życia nowej osoby. Najgorsze, że dorośli nie widzą problemu, a tworzone sierocińce nie nauczą empatii, wyższych uczuć i rozsądku. W Polsce podobnie, choć warunki materialne lepsze.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest jeszcze jedna różnica. W Polsce w domach dziecka są głównie sieroty społeczne. Dzieci zawsze bardzo żal. Ale może niepotrzebnie- wyglądają na bardzo szczęśliwe.

      Usuń
  7. Widziałem ostatnio projekt domu dziecka w Polsce, jeśli tak będzie wyglądał naprawdę to wieli szacunek dla architektów i wykonawców. Zarządzanie to sprawa wymagająca odpowiedniego podejścia, czasem nawet w ramach jednej firmy dajmy na to widać różnice w zarządzaniu.

    Co do tych dwóch sierocińców co odwiedziłaś je widać duże różnice, tak jak napisali komentatorzy przede mną może to wynikać z różnych rzeczy.

    Podobno każdy ma sobowtóra, jednak nie każdemu dane będzie go zobaczyć, o spotkaniu nie mówiąc. :) Też tak może być jak piszesz u mnie, zwłaszcza w przypadku charakterystycznych cech jak wąsy, broda, okulary, przyporządkowanie ich do kogoś innego nie jest wtedy trudne.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Projekt projektem. Potrzebne są jeszcze pieniądze na utrzymanie. I przede wszystkim serce dla dzieci

      Usuń
  8. Zapewne nie wszystkim chce się zrobić coś ponad niezbędne minimum...

    OdpowiedzUsuń
  9. Serce się kraje. Ciężko mi napisać cokolwiek więcej..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Kraje się. Chociaż dzieciaki wyglądają na szczęśliwe

      Usuń
  10. Różnica ogromna. Z pewnością wiele jest przyczyn takiego stanu, ale być może ludzie odpowiedzialni za tę pierwszą placówkę mogliby bardziej się postarać.
    Najważniejsze, że, jak piszesz, dzieci mają się dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeśli dzieci są szczęśliwe to najważniejsze, nawet jak my postrzegamy to trochę inaczej. Twoja misja jest piękna i ciężka zarazem...
    Zarządzanie pieniędzmi czy projektowanie pomieszczeń zależy na pewno od ludzi, którzy tym się zajmują, a nie zawsze to potrafią. Co do niektórych pomieszczeń i urządzeń w nich nawet tu w W.B. można się nieźle zadziwić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo często widzę, że tak naprawdę niewiele się różnimy.

      Usuń
  12. Gula ścisnęła mi gardło w czasie czytania, a łzy zakręciły się w oczach przy oglądaniu zdjęć. Dobrze, że są tacy ludzie jak Ty, opowiadający o rzeczach nie poruszanych przez media. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest bardzo smutne rzeczywiście.

      Usuń
  13. Nie byłam nigdy w Azju, więc nie mam osobistego podejścia. Mieszkam jednak w multi - kulti(Holandia) i troszkę otarłam się o Islam. Potrafię sobie wyobrazić jednak gdzie jest pies pogrzebany. Dla muzułmanów ważna i najważniejsza jest rodzina. Sieroty już rodziną nie są...Być może środki na te dwa rózne sierocińce są te same ale ..podejście do problemu zupełnie inne + plus forma życia do jakiego są nawykli prowadzący..Być może się mylę ,nie upieraam się ,że mam rację..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, wspominałaś kiedyś, że pracowałaś z muzułmanami. I chyba masz rację. Nie pomyślałam o takim wyjaśnieniu. Bo skoro ktoś decyduje się na pracę z dziećmi, to nie powinien się zastanawiać czuje są. Ale to nasze, zachodnie spojrzenie na sprawę

      Usuń
  14. Pewnie, że tak, aby dom dziecka mógł w jakimś stopniu zastępować rodzinę (co jest bardzo trudne, wszędzie na świecie) muszą się spotkać ze sobą różne wartości, pozytywni ludzie, a wszystko powinno mieć zaplecze finansowe. Sprawa pozyskania tego wszystkiego jest czymś bardzo złożonym.

    No tego nie mogę wykluczyć. :) Też dochodzę do podobnego wniosku, że parę młodą zrozumie się dopiero w całości samemu decydując się na ślub.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dom dziecka to tylko sierociniec. Nie ma mowy o domu.

      Usuń
  15. Kiedyś marzyłam o pracy w domu dziecka, ale im jestem starsza tym robię się bardziej sentymentalna i każda krzywda wyrządzona dzieciom bardzo mnie dotyka.
    Być może dlatego, że mam już własne dzieci.
    Wszystkie dzieci tego świata są takie same i mają takie same potrzeby uczuciowe, niezależnie od religii.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę sobie, że pracownicy takich placówek często tracą wrażliwość. Może to i lepiej. Na pewno zdrowiej dla nich

      Usuń
  16. Ewo, dwa różne światy, nasz europejski i ich azjatycki. Nie zawsze potrafimy zrozumieć jego mieszkańców, a oni nas. Dwie różne kultury. Mimo to wiele zależy od ludzi, ich podejścia do spraw, które leżą w ich gestii, do nich należą. Są osoby, jak wszędzie zresztą, obowiązkowe, empatyczne w stosunku do tych, o losie których decydują i inni, patrzący tylko na swoje dobro egoiści. Widzimy to ale niestety nie naprawimy całego zła tego świata. Podziwiam Twoje wszechstronne zaangażowanie w wiele spraw.
    Pozdrawiam serdecznie Ewo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo różne światy. A jednak jakoś podobne.
      Moje zaangażowanie nie jest warte podziwu. Coś trzeba robić, żeby nie zgnuśnieć

      Usuń
  17. Ech... dlaczego tak często nie potrafimy docenić tego co mamy, tylko ciągle narzekamy? A wystarczy przeczytać taki tekst.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dlatego, że "inni mają gorzej" jest marną pociechą

      Usuń
  18. Ech, zdarza mi sie dowiedzac szkoły i różne instytucja dla dzieci w krajach innych niż nasz. I z jednej strony bogata Finlandia czy Irlandia, a z drugiej Ekwador czy właśnie Indonezja. I bywa tak róznie... bywam totalnie zaskoczona wysoką jakością, i smutna, bo widze rzeczy, o których chyba wolałabym nie wiedzieć. I mam problem z pomocą - bo co naprawdę ma sens... zawsze mnie uczono, że wędka, a nie ryba. Ale jak nie dac ryby, gdy ogromne oczy w małej buzi patrzą tak prosząco...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spojrzenie tych oczu jest najtrudniejszym doświadczeniem

      Usuń