piątek, 12 stycznia 2018

Sylwestrowe szaleństwo

    Bo w Nowy Rok trzeba wejść z przytupem. A jak jest okazja to nie można nie skorzystać. Więc skorzystaliśmy i polecieliśmy do Sydney, aby jako pierwsi witać rok 2018.

   To ogromne wydarzenie, fajerwerki na żywo ogląda chyba milion ludzi. I trzeba przyznać, że wydarzenie dobrze zorganizowane. Przygotowania były widoczne już dwa dni wcześniej. Ustawiono ogrodzenia, nie wszędzie dało się dojść. Kawiarnie usytuowane w miejscach strategicznych sprzedawały bilety. Tam skąd był najlepszy widok ustawiono trybuny (wstęp płatny). Na ulicach stanęły przenośne toalety w ilościach niesamowitych.
   My podeszliśmy do tego na luzie. W sylwestra, w okolicach obiadu przyjechaliśmy na stację Circular Quay, usytuowaną najbliżej widowiska. Wiedzieliśmy, że wieczorem będzie zamknięta. Szkoda, bo z niej byłby najlepszy widok na fajerwerki. Tylko pewnie miejsce trzeba by okupować kilka dni wcześniej. Już o tej porze w okolicach było sporo osób koczujących i pilnujących swoich idealnych miejscówek. Przy Operze najwytrwalsi zajęli miejsca o świcie!
    Ale to nie dla nas. Chcieliśmy popłynąć promem na plażę Manly, pospacerować tam trochę, trochę poleniuchować. Nawet bilety były dostępne. Ale prom powrotny był albo za godzinę (za mało czasu na leniuchowanie), albo dopiero po północy. I to by nie było złe rozwiązanie, bo stamtąd też dobrze widać główną scenę. Problem w tym, że nie wiadomo czy byśmy się na ten prom dostali.
   Zdecydowaliśmy pojechać na plażę Bondi. Najsłynniejszą i podobno najpiękniejszą. No cóż, nie takie piękne plaże się widziało...
   Potem zjedliśmy coś w uroczej knajpce z widokiem na zatokę. Dobre, prawdziwe włoskie jedzenie, żadne podróby. Nie mieliśmy pomysłu co dalej, wróciliśmy do centrum.
   W pociągu było już mnóstwo imprezowiczów. Część zmierzała tam gdzie my, część na domówki. Poubierani dziwnie i dziwacznie. Najbardziej mnie zszokowała dziewczyna w czarnej tiulowej sukience. Tiulowej, czyli kompletnie przeźroczystej. Pod tiulem miała tylko body ze stringami. Niesmaczny widok na ulicy.
   W centrum ulice były pozamykane. Nie tylko dla samochodów. W niektóre mogły wejść tylko osoby z biletami. Wolontariusze w różowych koszulkach udzielali informacji, mówili, które punkty widokowe są jeszcze otwarte, pokazywali jak do nich dojść. Podobne informacje były wyświetlane na ogromnych, z daleka widocznych tablicach. Także informacja, że nie wolno wnosić szklanych butelek, niebezpiecznych narzędzi, a torby mogą być sprawdzane. 
Tłum zmierza do dzielnicy The Rocks
   Zaczęliśmy się spieszyć. Okazało się, że jeszcze tylko w dwa miejsca wpuszczają widzów. Miejsca, czyli ogromne kwartały otoczone płotem.  A do północy było ponad 4 godziny! Uff, zdążyliśmy przed zamknięciem dzielnicy The Rocks. To tam osiedlano pierwszych przybyszów z Europy. Najstarsza dzielnica. Kultowa. Pełna modnych restauracji i pubów. W nich odbywały się imprezy sylwestrowe, ale fajerwerków z klubów nie było widać. Trochę się pokręciliśmy. W końcu znaleźliśmy miejsce z dobrym widokiem, niezbyt zatłoczone. Ba, nawet ławeczka się trafiła! Mogliśmy usiąść i obserwować tubylców.
   Rodziny z dziećmi, grupy przyjaciół, młodzi i starzy rozłożyli się na trawniku i piknikowali. Od czasu do czasu ktoś przeskakiwał do środka przez prowizoryczny płot. Jeśli policjanci go zauważyli- był proszony o przeskoczenie z powrotem. Trzeba przyznać, że reagowali szybko i profesjonalnie. 
   Czasami pod płotem modlili się pojedynczy muzułmanie. Napawało mnie to strachem. Zwłaszcza jak zobaczyłam grupę z dużą walizką. A przecież naszych toreb nie sprawdzali, walizki pewnie też nie...
   Szczęśliwie dotrwaliśmy do północy.
 A potem trzeba było się dostać z powrotem do hotelu. Policjanci, także konni, tak kierowali tłum, żeby nie było zbyt wielu ludzi na jednej ulicy. Ale przecież i tak większość zmierzała do stacji metra. Oj, niełatwo się było do niej dostać! Okresowo była zamykana, bo przecież ludzie by się pospychali na tory. Mieliśmy szczęście i tuż po godz.1 mogliśmy się położyć w łóżkach. Wprawdzie tylko na kilka godzin, bo rano czekała kolejna przygoda. O czym doniosę wkrótce. Niecierpliwi mogą zajrzeć na Instagram.
 
Tłum zmierza do stacji




28 komentarzy:

  1. Sylwester w Sydney, wow pomimo tych tłumów mogę pozazdrościć ;) widzę, że z organizacją w innych krajach nie mają takich problemów jak u nas, mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni. Mój Sylwester był smętny w zasadzie w domu, nie ma co opowiadać, ale przyrzekłam sobie, że za rok będzie inaczej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taką imprezę można zaliczyć przy okazji, ale nie masz czego żałować. Dla mnie najlepsza część była we włoskiej knajpce

      Usuń
  2. Sydney to jedno z moich marzeń, a dzięki Tobie mogłam na nie spojrzeć z bliższej odległości. :D Taki Sylwester na pewno był piękny - nawet ten ogrom ludzi nie zniechęca w takim miejscu. :) Ja spędziłam Sylwestra w domu z moją drugą połówką i naszym kotem. Nie miałam zbytnio ochoty nigdzie wychodzić, a i byłam trochę przeziębiona więc Sylwester z herbatką i ciepłym kocykiem był dla mnie rozwiązaniem idealnym. :)
    A ta tiulowa sukienka.. Zauważyłam także w Toronto tak ubrane kobiety (niektórzy mężczyźni też szokowali ubiorem) - może tam jest to normą? Może w Toronto ludzie są bardziej tolerancyjni albo i wyzwoleni? Nie mówię, że to dobrze, bo widok czyjejś części ciała, która raczej powinna być zasłonięta nie jest dla mnie przyjemny.. No ale cóż.. taki świat.
    Pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój sposób imprezowania też całkiem niezły :)
      Freedom of expression? Myślę, że tolerancja też ma swoje granice. Przesada nie prowadzi do niczego dobrego.

      Usuń
  3. Powitanie nowego roku w Sydney oglądałam tylko w telewizji i zawsze robiło na mnie ogromne wrażenie. Zazdroszczę Ci, ze mogłaś ten piękny spektakl przeżyć na żywo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W telewizji chyba lepiej widać ;)

      Usuń
  4. Oglądałam w mediach te fajerwerki na świecie, gdy my dopiero szampana do lodówki...
    Sylwester połączony z wyjazdem i atrakcjami to rozumiem, my na spokojnie(czyli bez szaleństw) i leniwie, bo nawet fajerwerki u nas kiepskie były, więcej hałasu niż obrazu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedy w Waszych szampanach strzelały korki ja już byłam wyspana i siedziałam w samolocie do następnej atrakcji

      Usuń
  5. Niesamowity był Twój Sylwester, jak widzę. Chociaż te tłumy mnie odstraszają. Niemniej Sydney wydaje się takie odległe, a przez to atrakcyjne, zwłaszcza na spędzenie Sylwestra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie lubię tłumów. Taka jednorazowa akcja

      Usuń
  6. Mam nadzieję, że się nie pogniewasz, ale pogmeram trochę kijem w mrowisku. Sylwestra spędziłem na Podlasiu, gdzie nikt nie sprawdzał moich bagaży, trunki wniosłem w szkle, nikt się modlił, nie było wolontariuszy i - przede wszystkim - wszechobecnej policji. Po imprezie po prostu poszedłem spać. Wiem, że czasy niespokojne i to wszystko jest dla naszego bezpieczeństwa, ale mimo wszystko wolę nasze przaśne imprezy, choć nie ukrywam, że fajerwerki obejrzałbym z przyjemnością:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i gdzie ten kij?
      Generalnie wolę mniejsze imprezy. Ale z okazji trzeba korzystać.
      Fajerwerki jak fajerwerki- $$$ poszły z dymem.
      Do kontroli jestem przyzwyczajona, w Jakarcie to powszechne

      Usuń
    2. No dobra! Tak sobie z zazdrości pomarudziłem :)))

      Usuń
    3. Jak z zazdrości to co innego. Idę pomarudzić do Ciebie

      Usuń
  7. Z pewnością miałaś co oglądać i czym się zachwycać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Aczkolwiek to nie widowisko było najciekawsze

      Usuń
  8. Uroczo i jak inaczej niż "u nas" Zawsze z zazdrością czytam Twoje relacje. Ale pozytywną zazdrością. Co zobaczysz to Twoje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nikt mi tego nie odbierze. Dlatego korzystam ile mogę

      Usuń
  9. Cieszę się, że spędziłaś Sylwestra, jak chciałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Sylwester był przy okazji. Najciekawsze nastąpiło później

      Usuń
  10. Super relacja i fajne zdjęcia. Cieszę się że mogłam choć na zdjęciach zobaczyć skrawek 😊
    Szczęśliwego Nowego Roku 😘

    💁 odnowionaja.blogspot.com

    Zapraszam Cię serdecznie na bloga swej Przyjaciółki Agnieszki , która chwyta piękne chwile w swój obiektyw , ale również pisze życiowe przesłania z serca dla drugiego człowieka .

    Pozdrawiam serdecznie Sylwia 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję.
      Dobrego roku życzę!

      Usuń
  11. Tak mi przyszło do głowy... Gdybym spędzał sylwestra podróżując ze wschodu na zachód to mógłbym cały dzień tego szampana otwierać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teoretycznie tak. Między Jakartą a Sydney są 4 godziny różnicy. Leci się dłużej. Ale my mieliśmy do dyspozycji zwykły samolot. Może gdyby lecieć czymś bardzo szybkim...
      Coś kojarzę, że był śmiałek, który postanowił oblecieć Ziemię w 1 dzień. Nie wiem czy mu się udało.

      Usuń
  12. Jak by na to nie patrzeć, to przeżyłaś coś, co będziesz długo wspominać. Dobrze, że dzielisz się z nami swoimi przeżyciami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To takie jednorazowe przeżycie. Małe szanse na powtórkę. Zostają wspomnienia

      Usuń