sobota, 14 października 2017

Maszeruje wojsko, maszeruje

   Jakoś ostatnio mam szczęście do różnych uroczystości wojskowych. W Australii była rocznica Bitwy o Anglię (zdjęcia), a w Indonezji święto sił zbrojnych (zdjęcia). Wprawdzie w Australii świętowano aż 3 dni, a w Indonezji tylko 3 godziny, ale za to z nieporównywalnym rozmachem.

   Uroczystość miała się zacząć o 9, w bazie morskiej 120 km od Jakarty. Musieliśmy wyjechać o 5, czyli wstaliśmy razem z porządnymi muzułmanami, zanim jeszcze rozpoczęły się wezwania na modlitwę. O tej porze na autostradzie był już spory ruch, ale bez korków. Do czasu...
   Kłopoty zaczęły się tuż za końcowymi bramkami. Dwa pasy zamieniły się w jeden. Nie pomogło nawet zamknięcie ruchu w przeciwnym kierunku. Rzesze ludzkie zmierzające do portu samochodami, na motocyklach i pieszo, były nieprzebrane. Co chwila mijały nas kolumny uprzywilejowane, do których dołączaliśmy skrupulatnie, jeśli tylko mieliśmy pole manewru. Nasza naklejka VIP na szybie nic nie ułatwiała. Po 2 godzinach tkwienia niemal bez ruchu w korku, bez wiedzy jak daleko mamy do celu dostaliśmy informację, że prezydent kraju, też nie jest w stanie pokonać tego zatoru. Wysiadł z samochodu i zrobił sobie 2 km spacer. Nie mogliśmy być gorsi. Wprawdzie nasze stroje były mało spacerowe, ale co robić. Było po deszczu. Pobocza spływały błotem. Wilgotność powietrza bliska 100%. I my w odświętnych strojach przeciskający się między ludźmi i samochodami. Dotarliśmy na miejsce tuż po rozpoczęciu uroczystości, podczas składania meldunku panu prezydentowi. Byliśmy kompletnie przemoczeni, spływający potem, jedyne o czym myślałam to zimny prysznic. Na szczęście czekały na nas butelki z wodą i przegryzki.
   Po meldunkach zgromadzone na placu oddziały odmaszerowały (a właściwie odbiegły) i zaczęło się przedstawienie. Była to opowieść o generale Sudirmanie, o tym jak walczył z holenderskim najeźdźcą, ukrywał się wśród ludu i w końcu zwyciężył. Bardzo sugestywna opowieść, z samolotami bombardującymi partyzanckie oddziały, z wybuchami, wreszcie z zastrzeleniem zdrajcy. 
Generał Sudirman i prezydent Sukarto

   Potem był pokaz umiejętności i siły współczesnej armii. Były ćwiczenia kung fu w wykonaniu 1200 marines, rozbijanie cegieł na głowach, niszczenie gołymi rękami 35 betonowych bloczków ułożonych jeden na drugim. Był desant z helikoptera. Ostrzeliwanie, torpedowanie i bombardowanie celów na wodzie z powietrza, lądu i wody. Skoki spadochronowe do celu, czyli na piramidę z pontonów. Skoki z psami tropiącymi, które (psy, nie skoki) po odpięciu spadochronu atakowały i obezwładniały bandytów w samochodzie. Były amfibie skaczące z nabrzeża do wody. Oraz bardzo niebezpieczne (dużo bardziej widowiskowe niż w Hobart) akrobacje samolotowe.
Sile ręki betonowa wieża się nie oprze

   No i wreszcie defilada. Defilowały okręty (łącznie z łodziami podwodnymi), samoloty, czołgi i inne pojazdy. Maszerowała piechota. Każdy oddział w mundurach w innym kolorze. A za oddziałem orkiestra. O tyle interesująca, że biedni werbliści byli poprzebierani. Mieli pełne stroje morsów (czy innych delfinów) albo tygrysów, nurków, pilotów. Biedacy! I jeszcze tłukli w tym upale w werble!


   

   Na końcu pozwolono szaremu ludowi wysypać się na plac. A nawet wspiąć się na defilujące pojazdy. Wypisz wymaluj defilada zwycięstwa!
   Ale to nie koniec imprezy. Punktem kulminacyjnym była ceremonia Tumpeng. Na platformie wjechała ogromna góra (właściwie stożek) żółtego ryżu. Imam odmówił załamującym się głosem wzruszającą modlitwę. Było to tak sugestywne, że miałam łzy w oczach chociaż rozumiałam niewiele. Domyślam się, że jak zawsze przy tej ceremonii dziękował za opiekę i prosił o błogosławieństwo. I już prezydent Jokowi mógł nakładać ryż na talerze częstując wszystkich ( czyli najbliżej stojących oficjeli, zaproszeni goście dostali lunch w pudełkach, a lud musiał się zaopatrzyć we własnym zakresie).
Prezydent Joko Widodo nakłada ryż

   Czekał nas jeszcze koszmar dotarcia do samochodu. Posuwaliśmy się noga za nogą w błocie i upale. Zewsząd otaczały nas tłumy. Takiej ciżby ludzkiej nie widziałam nigdy. No może podczas Pasterki. Szliśmy ramię przy ramieniu całą szerokością drogi. Od czasu do czasu masa ludzka była zatrzymywana i spychana na pobocze przez ochroniarzy robiących miejsce dla samochodów. To była szansa na wepchnięcie się w lukę. Byłam tak zdeterminowana, że miałam w nosie polecenia służb. Nie obchodziło mnie, że mogę zostać rozjechana. A niech sobie rozjeżdżają i wywołują międzynarodowy skandal! Chciałam po prostu schronić się w chłodzie klimatyzacji. 

   Na szczęście kierowca był zaparkował blisko wyjazdu z parkingu. I w takim miejscu, że nie musieliśmy przebijać się przez tłumy. Uff!
   Następnego dnia okazało się, że opuściliśmy imprezę w idealnym momencie. Koleżanka przed wyjściem poszła jeszcze do toalety. Wystartowała jakieś 15-20 minut po nas. Droga powrotna zabrała jej o 4 godziny więcej niż nam.






28 komentarzy:

  1. Niesamowicie ciekawe to wszystko.
    Serdecznie Ci dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całą przyjemność (i trudy też) po mojej stronie

      Usuń
  2. Obejrzałam zdjęcia, najbardziej imponująco wyglądali marines w takiej ilości i te akrobacje powietrzne! Uroczystości w takim upale i w takim tłumie wymagają wiele zachodu od organizatorów i wiele determinacji od gości, podziwiam!
    Wspólne jedzenie ryżu i inne elementy przypominają i nasze festyny, ale zamiast ryżu grochówka króluje:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko kto by się u nas modlił nad grochówką? Zaraz by go od katoli wyzwali.

      Usuń
    2. Dlaczego? U nas nawet rowery i motocykle się święci na lotnisku i festyn przy okazji jak trzeba...
      Jakoś wiary i kościoła nikt się nie wstydzi, chociaż o księżach różne opinie krążą, ale ja z małego miasta jestem...

      Usuń
    3. No tak, święci się. Domy też. I banki na przykład. A ile potem jest gadania, że "czarni się pchają tam gdzie ich nie chcą". Ja znam to tylko z sieci, pełno w niej hejtu na osoby religijne.

      Usuń
  3. Fascynująca opowieść. Z ogromną przyjemnością przeczytałam tekst i obejrzałam zdjęcia. Niby taj daleko ta Jakarta a jednak dzięki Tobie tak bliska. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Odległość to rzecz względna. Tutaj przywykłam do mierzenia jej czasem podróży.

      Usuń
  4. Bardzo ciekawa uroczystość. Defilada i 1200 marines musi robić ogromne wrażenie.
    Podziwiam Cie, że przy takiej pogodzie dałaś radę pieszo dotrzeć na miejsce i potem jeszcze wrócić do samochodu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę nie miałam wyjścia ;) Zwłaszcza w drodze powrotnej.
      Ale rzeczywiście rzadko tutaj spaceruję , niestety.

      Usuń
  5. Łał! Robi wrażenie. Ale ten deszcz, jej, tłumy. Podziwiam, że wytrwałaś.

    OdpowiedzUsuń
  6. Całość zrobiła na mnie duże wrażenie, do tego jeszcze dowiedziałem się sporo nowych rzeczy o świecie.

    W sumie to może nawet dobrze, bo nie ma się co denerwować tą konkretną sprawą dłużej. Ten wpis z księgarni akurat wychwycono i umieszczono na stronie z memami, ku informacji, przestrodze itp.

    Po prostu nie zgadzały mi się pewne fakty i sprawdziłem na stronie uczelni jeszcze raz kiedy zaczynam naukę. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też byłam pod wrażeniem. Ale nigdy więcej!

      Usuń
  7. Mają rozmach skurwysyny ;)
    rozbił wszystkie płyty? Gdyby mu się nie udało jeszcze mogliby go zdegradować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj mają. Ciekawe ile to kosztowało.
      Oczywiście, że rozbił. Tutaj stosują karę śmierci...

      Usuń
  8. Jakoś mam sentyment do wojska - nasze krajowe też robi wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za mundurem panny sznurem ;)

      Usuń
    2. Tak, poszłam :) i tak idę do dziś :)

      Usuń
    3. Mam tak samo! Nawet na koniec świata jak wiadomo.

      Usuń
  9. To zrozumiałe, takie wydarzenia chyba na całym świecie powodują paraliż okolicy uroczystości.

    Nie zajrzałem, bo zamknięte było. Poza tym nie ciągnie mnie jakoś do takich miejsc, gdzie dają jeść na talerzu jak łupina orzecha, a każą płacić jak za bankiet. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem tak: paraliż paraliżu nierówny. Różne rzeczy widziałam tutaj, często na skalę w Polsce niespotykaną. Ale to przerosło wszystko. Katastrofa po prostu!

      Usuń
  10. Relacja z obchodów Bitwy o Anglię robi ogromne wrażenie.. Może dlatego, że to tematy mi bliskie i przeze mnie lubiane?
    Co do święta sił zbrojnych w Indonezji - również pięknie. Szczególnie zainteresowało mnie nakładanie ryżu przez Prezydenta. :)
    Pozdrawiam, M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że w Australii pamiętają o polskim udziale w bitwie to (nie chwaląc się) zasługa mego męża.

      Usuń
  11. Zawsze z dystansem podchodzę do tego typu uroczystości. Nadymanie się, puszenie, pokazywanie siły... Po co te igrzyska dla ludu, a koszt samych pokazów lotniczych pewnie ogromny. U nas też bez przerwy świętowanie, jakby nie było na co wydawać pieniędzy.
    Zasyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się zastanawiałam ile to kosztowało. Ale kto zabroni bogatemu? Oczywiście, że pokaz siły. Tutaj chodzi nie tylko o sytuację w regionie, ale także o problemy wewnętrzne.

      Usuń
  12. Przyznam, że ... chciałbym pouczestniczyć w takiej chucpie. W końcu skakanie z psami na pontony, by najeść się ryżu nie zdarza się codziennie:)) A przynajmniej w Olsztynie:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żółtego ryżu w dodatku!
      Tu też rzadko się zdarza. I całe szczęście.

      Usuń