czwartek, 22 października 2015

Podróż sentymentalna

To miał być zupełnie inny wpis. Ale był Dzień Nauczyciela, a to jak się okazuje fach wśród blogerów popularny. I naszło mnie wspomnieniowo. 
Po drugie trafiłam na blog niezwykły. Który przypomniał mi o tym kim jestem i czego mi bardzo brakuje. 
Dlatego publikuję tekst, który powstał dawno.

Madzia.
Nie lubi kiedy tak do niej mówię. Woli Magda. Patrzy uważnie znad okularów i uśmiecha się. A kiedy odpowiadam uśmiechem - przewraca oczami i wraca do pracy. Pracuje w skupieniu, zgrzytając zębami. Lubię patrzeć na jej jasną główkę z warkoczem francuskim, pochyloną nad książką. Tak bardzo angażuje się w to co robi! Chyba, że akurat obserwuje. Zamiera wtedy w bezruchu i otwiera buźkę. Czasem przechyla główkę i patrzy, patrzy, patrzy.  
Jest drobniutka, wręcz filigranowa. Ładnie ubrana. Ciuszki ma kolorowe i dobrej jakości. Rusza się trochę niezdarnie, bywa bezradna, ale nie zawsze pozwala sobie pomóc. Tak, Madzia ma silny charakter, lubi rządzić i postawić na swoim. Bywa, że się zawiesza. Zatrzymuje się w pół kroku, zamiera w bezruchu, czeka aż ją popchnę. Długo potrafi czekać. Prośby i popędzanie nie pomagają, potrzebuje dotyku. 
Czasem się ze mną droczy. Odpowiada celowo  źle i z uśmiechem patrzy na moją reakcję. A ja lubię jej uśmiech. Uśmiecha się kiedy siedzimy obok siebie w ławce. Nagle patrzy na mnie i mówi:
-Proszę paniii....
-Słucham?
-Kocham cie...
Przytula się i wraca do pracy
Pierwszy raz spotkałam ją dawno temu. Wtedy nie wiedziałam, że to Madzia i że będę z nią pracować. Nie widziałam jej nawet, to było zanim się urodziła. Jej mama- piękna kobieta w wysokiej ciąży, przyprowadzała do mnie starszą córkę. Nosiła Madzię. Czy spodziewała się, że będzie miała dwie śliczne córeczki - długie falujące włosy, opalona buzia, ciemne, duże oczy. Czy może już wiedziała o chorobie? A może dowiedziała się dopiero po porodzie? Nie wiem. To na pewno był szok. Czy płakała, pytała: " Dlaczego mnie to spotyka?" Dlatego, że akceptuje  i kocha bezgranicznie. Jak zresztą cała rodzina. Odprowadzałam kiedyś Madzię po zajęciach. Tata już czekał. Nigdy nie widziałam mężczyzny tak rozpromienionego na widok dziecka! A dziś mama z uśmiechem na ustach powiedziała: "Ja wiem jakie mam dziecko".  Ja też wiem. Kochane. I szczęśliwe. Radosne. I dające dużo radości.

Madzia jest w mojej klasie. Urodziła się z zespołem Downa. Bardzo bym chciała wejść do jej świata, zrozumieć go. Bo wiem, że on istnieje i jest fascynujący. 
Minęło sześć (a może siedem) lat od powstania tekstu. Nie wiem co Madzia teraz robi. Mam nadzieję, że nigdy jej nie spotka to, co spotkało bohaterkę bloga http://uposledzona.blogujaca.pl/

12 komentarzy:

  1. Takie dzieci mają swój piękny świat w którym zyją, najważniejsze jest aby były kochane, a wielkim wyzwanie dla rodziców jest wychowanie takiego dziecka, bo trzeba mu poświęcić 10 razy więcej uwagi i miłości niż każdemu innemu dziecku, jednak wdzięczność i bezgraniczna miłość takiego dziecka jest chyba odpowiednią zapłatą za trud włozony w jego wychowanie. Miejmy nadzieję, że rodzice zadbają aby taki los nie spotkał ich dziecka, choć czasem nie mają innego wyboru tak jak było w przypadku bohaterki wiecznej opiekunki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie o tym pisała Terakowska " Poczwarce"

      Usuń
  2. W pracy z takimi dziećmi możemy mieć pewność, że serce dawane na dłoni nie zostanie zmarnowane, że rodzicom damy radość i nadzieję, a uśmiech dziecka - bezcenny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie ten uśmiech był sensem mojej pracy

      Usuń
  3. Mam znajomą z dzieckiem chorym. Kobieta do nieba pójdzie za poświęcenie. Ale i to dziecko daje jej wiele szczęścia. Obustronna miłość. Tatuś odszedł, nie dał rady patrzeć na swoje dziecko. Tak często bywa, Ewo. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem tatusiowie uciekają przed swoją bezradnością. A czasem są zbyt męscy, żeby pokazywać się z "nieudanym" dzieckiem. Nie wiedzą co tracą. To nie jest łatwa miłość, ale to co się dostaje w zamian nie ma ceny.

      Usuń
    2. Tak z tatusiami bywa, ale ja tuż obok widuję codziennie 3 takich ojców, którzy dzielnie wspierają swoje żony , zmieniają je w opiece nad chorym lub upośledzonym dzieckiem, spacerują całymi godzinami, aby żony mogły w tym czasie zrobić coś dla siebie.

      Usuń
    3. Z mojego doświadczenia wynika, że ci wspierający są w większości na szczęście. Ba, są nawet tacy, którzy świetnie się w tej roli odnajdują, lepiej sobie radzą niż mama. I świetnie!

      Usuń
  4. Niestety, prawda jest taka, że w im większym stopniu dziecko jest upośledzone i wymaga całodobowej opieki, tym częściej matki zastają same. No i problem rośnie wraz z dzieckiem. Wiek dorastania, z trudem do zniesienia w ogóle, u dzieci ciężko upośledzonych intelektualnie jest koszmarny. O tym się na blogach nie pisze, ale każdy kto pracował np. w Szkole Życia to wie, że bywa ciężko, bo te "dzieci" są już fizycznie nie do opanowania (najstarsze mają 24 lata, jeśli nic się nie zmieniło w przepisach). Jasne, że nie wszystkie. Jestem pełna szacunku dla nauczycielek, bo najczęściej są to kobiety, które mając pod opieką takie trudne dziecko, idąc do pracy modlą się, żeby nic się nie stało i żeby im sił starczyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze jest to, że państwo (i jego urzędnicy) właściwie nie pomaga. Bo to przecież koszty, a pożytku żadnego. Ech...

      Usuń
  5. Nie znam osobiście rodziny z dzieckiem upośledzonym, ale często na mieście spotykam takich ludzi. Rzadko kiedy dziecku towarzyszy ojciec - może jest tak zapracowany, że po przyjściu do domu pada na twarz, a może żyje gdzieś swoim życiem. Każda z matek ma twarz przeoraną smutkiem i ramiona opadające do ziemi. Jest cierpliwa, ale się nie uśmiecha. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak bardzo spala się wewnętrznie, aby podołać swoim obowiązkom względem dziecka i domu. Jakie katusze przeżywa mając świadomość, że kiedy umrze, dziecko trafi pod opiekę obcych.
    Niegdyś, z racji wykonywanego zawodu, miałam okazję przyjrzeć się bliżej jak sobie radzą dzieci upośledzone umysłowo, i ich opiekunowie, w zakładzie zamkniętym. Są rzadko odwiedzane przez rodzinę.Trudno nad nimi zapanować. Osoby pracujące z takim dziećmi są godne największego podziwu.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rzeczywiście ciężka praca, nie dla każdego. O tym jest uposledzona.blogujaca.pl
      Smutne matki? Mniej więcej tak jak matki zdrowych dzieci. Nie doszukiwałabym się jakiegoś specjalnego przygnebienia. Miewają mniej czasu dla siebie, to prawda, ale nie mogą żyć w stanie permanentnego nieszczęścia. "Takie mam dziecko". Martwią się jak każda matka. Co oczywiście nie znaczy, że nie zasługują na podziw

      Usuń