czwartek, 8 października 2015

Bangkok, czyli jak nie dać się oszukać

   Turysta jest łakomym kąskiem wszędzie. Bo nie zna terenu. Bo chce dużo zobaczyć. Bo potrzebuje pomocy. Bo zaaferowany i nieuważny. A w Azji dlatego, że biały, czyli ma worek z zupełnie mu niepotrzebnymi pieniędzmi. 




   Tak, w różnych miejscach świata zaczepiali nas różni naciągacze. Ale jakoś nigdzie nie z taką intensywnością jak w Bangkoku. Na co trzeba uważać?

   Po pierwsze- kieszonkowcy. Najprostsza metoda zdobycia pieniędzy. Nic nowego pod słońcem. Oczywiście są wszędzie. W Bangkoku ostrzeżenie przed nimi wisi w prawie każdej świątyni.

   Po drugie- sprzedawcy i przewoźnicy. To jasne, że turyście podaje się wyższą cenę. Tylko od niego zależy ile uda mu się utargować. Dość uczciwy układ - jeśli cena Ci nie odpowiada, nie kupujesz. Ale zdarzają się mniej uczciwe.
   W Chinatown chciałam kupić tradycyjną chińską sukienkę. Znalazłam sklep. Obsługa mówiąca po angielsku. Zastanawiałam się nad rozmiarem. Europejkom trudno dobrać ciuchy w Azji. A to w biodrach za wąska, a to w biuście się nie dopnie. W ogóle wszystko za krótkie. Ale miła sprzedawczyni powiedziała, że na pewno coś dla mnie znajdą. Dokładnie mnie zmierzyła, wydała polecenie koleżance i za chwilę miałam w rękach sukienkę rozmiar, rany Julek, XXXL!  Postanowiłam sprawdzić jak na mnie leży. Może jednak nie jestem taka wielka. A sprzedawczyni tłumaczy, że przecież mnie zmierzyła i wie, że będzie dobra. Ale ja tego nie wiem! Konsternacja: szalona klientka chce mierzyć sukienkę. Spokojnie tłumaczę, że wcięcia mogą się źle układać. Włącza się właściciel. Że przecież on chce sprzedać, że ma dobry towar, że jak przyszłam sobie pomierzyć to nie u niego. Prawie mnie opluł. Usłyszał, że nie chce sprzedać tylko wyciągnąć moje pieniądze. Trudno.
   Taksówkarze w Bangkoku często proponują cenę umowną, poza taksometrem. Z kierowcami tuk-tuków też się należy targować, i to ostro. Raz zaczynaliśmy od 200 batów, a stanęło na 50.
   Przewozy łodzią to kolejny temat. Można się zdecydować na prywatny rejs za gruuube pieniądze. Ale są też tramwaje wodne za grosze. Albo ciut droższe (dzięki temu mniej tłoczne), ale jednak wciąż tanie państwowe barki turystyczne. Ich pilot opowiada po angielsku o mijanych atrakcjach.

   Po trzecie- doradcy. Idzie sobie turysta w kierunku znanej atrakcji. Nagle życzliwy tubylec mu mówi, że dzisiaj (albo o tej porze) nieczynne. Rozsądny turysta powinien podziękować i dalej zdążać w obranym kierunku. Może też po prostu szczerze się roześmiać. Absolutnie nie może wierzyć w te historie. Nawet w hotelach przestrzegają przed takim doradztwem. I zwykle informują, jeśli jakaś atrakcja tego dnia jest niedostępna. Jaką korzyść z dezinformacji ma  "życzliwy"? O tym w następnym punkcie.


   Po czwarte- "przewodnicy". Zaczepiają w drodze. Czasem się dziwią, że ktoś nam powiedział, że dziś nieczynne. Są pewni, że chciał nas naciągnąć na zakupy. Chętnie zaprowadzą i opowiedzą o zwiedzanym miejscu. A potem wskażą drogę do kolejnej atrakcji. Po drodze zahaczając o sklepy z pamiątkami, biżuterią czy czymkolwiek akurat wykażesz zainteresowanie.
  Trzeba być bardzo czujnym. Taki przewodnik może być osobą zmierzającą w tym samym kierunku. Albo  przedstawić się jako student, który ma zadanie przeprowadzenia wywiadu. Pyta skąd jesteś, jak Ci się podoba miasto. Odpowiedzi nie zapisuje (bo niby po co?), a po chwili oferuje swoje usługi. 

   Po piąte- okazje i promocje. Czyli jak działa siatka i dlaczego trzeba być czujnym.
   Przypadkiem, podróżując barką turystyczną znaleźliśmy się w części Bangkoku, której zwiedzania nie planowaliśmy. Na przystani kierowczyni tuk-tuka zaproponowała swoje usługi. Trochę drogie. Przechodzień stwierdził, że przecież dzisiaj jest promocja i powinna nas zawieźć do 3 zabytków za 40 batów. No, żal nie skorzystać z okazji. Pojechaliśmy. Obfotografowaliśmy pierwszą świątynię, wracamy. A pani mówi, że musi do toalety. Dlaczego nie poszła czekając na nas? Trudno, czekamy. Obok zatrzymuje się elegancki człowiek rozmawiający przez telefon. Kończy rozmowę i zagaduje do nas. Trochę dziwne, że nagle wszyscy znają angielski. Od słowa do słowa okazuje się, że rząd dzisiaj płaci za benzynę kierowcom tuk-tuków. Co więcej, promocja obejmuje wstęp do outletu fabryki ubrań. Bardzo słynnej, w której szyte są kolekcje Armaniego! I ceny dzisiaj są o 80% niższe. Wow! Wraca nasza przewodniczka z butelką zimnej wody dla nas. Jedziemy do następnego, obiecanego zabytku. Czyli świątyni mody wspomnianej wcześniej. Małżonek wściekły, bo już wie, że chcą go nabrać, ja pękam ze śmiechu. Wchodzę do środka. Uszyją co tylko zechcę, pokazują katalogi. Bronię się, że dzisiaj wyjeżdżam. Nie szkodzi, zdążą. Jasne, dla nich to nawet lepiej, nie przymierzę, nie będę miała czasu na reklamacje. Niestety, nie skorzystam, ale bawiłam się świetnie. Kierowczyni wściekła, bo nie chcieliśmy jej pomóc. A ja się zastanawiam kto należy do mafii.
 

12 komentarzy:

  1. Świetnie opisujesz , czytałam z przyjemnością jak najlepszą książkę, czasem właśnie takich ciekawostek brakuje w przewodnikach. Czekam na ciąg dalszy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało. Z Bangkoku to by było na tyle. Ale o innych miejscach jeszcze mam sporo do opowiedzenia

      Usuń
  2. Nie byłam tam ... ale może kiedyś wygram w lotto, znajdę odważnego starszego pana i wybierzemy się w daleką podróż... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam. Może niekoniecznie lotto. Starszy pan wystarczy ;))

      Usuń
  3. Nie tylko w Bangkoku można spotkać złodziei, oszustów i naciągaczy. Kiedy byłam po raz pierwszy w Paryżu, próbowano nas okraść w metrze. Na szczęście byłam z córką, która w porę zorientowała się, że złodziej dobiera się do plecaka, który niosę. Najwięcej podejrzanych typów kręci się przy Bazylice Sacré-Cœur. Tam na schodach grasują całe grupy zorganizowane, obserwujące i typujące potencjalną ofiarę. Najczęściej giną tablety i telefony komórkowe.
    Pozdrawiam Ewo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że nie tylko w Bangkoku. Świat jest pełen amatorów cudzej własności. W Rzymie wielokrotnie przeganiałam kieszonkowców, pseudo przewodników czy sprzedawców fałszywych biletów. Wszędzie trzeba się strzec. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Ale egzotyka .... rewelacja:) Żeby mnie okradli wystarczy Centralny w Warszawie - no ale bez egzotyki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, to nawet taniej wyjdzie ;))

      Usuń
  5. Chyba na całym swiecie tak jest niestety, ale turysta turystą mnie osobiście najbardziej denerwuje jak tutaj na wyspie polacy naciagają polaków tych nowo przybyłych, którzy np chcą sobie załatwić kartę rezydenta, co kosztuje zaledwie około 11 euro i powiedzmy godzinę naszego czasu więc ile można skasować klienta za takie coś? 50 euro normalna stawka u kanarusów to 150 euro za całościowe załatwienie sprawy, a 50 za przygotowanie wniosku plus te 11 euro opłaty powiedzmy skarbowej, a znam osobiście jednego Polaczaka, który naciągnął rodaka na 1000 euro tylko za przygotowanie takiego wniosku, no ten człowiek nie ma tu najlepszej opinii, ale jeszcze mimo wszystko są tacy którzy dają się nabierać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety mam podobne przemyślenia- rodakowi rzadko można zaufać

      Usuń
  6. W Polsce nazwaliby to napędzaniem gospodarki, w Bangkoku pewnie też tak o tym mówią. Zresztą podobne kultury. A tak na serio, to bardzo ciekawy opis. Chyba będę tu częściej zaglądał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co racja to racja. Najważniejsze, że pieniądz zostaje w kraju.

      Usuń