wtorek, 2 czerwca 2015

Mówić po japońsku

Nie pamiętam kiedy zaczęła się moja fascynacja Japonią. Pierwsze było sushi czy Haruki Murakami? Zresztą nieważne. Ostatnio doszła fascynacja językiem. A trzeba wiedzieć, że język, jako język w ogóle, to mój zawodowy konik. 

Wszystkie moje znajome Japonki po angielsku mówią dobrze, a nawet świetnie. Chociaż jak się wsłuchać... Dziwne więc dla mnie było, że w Japonii trudno się dogadać w tym języku. Ktoś mi powiedział, że znają, ale nie lubią. Możliwe, że ze względów historycznych i patriotycznych. Dumni są, a Amerykanie ich podbili i okupowali.
 Moje zdanie jest takie, że przeważają względy fonetyczne. W japońskim występują głównie sylaby otwarte. Stąd bardzo trudno im wymówić zachodnie słowa. Taki McDonald to Makadonaruda na przykład.
Druga trudność to absolutny brak w japońskim odpowiedników niektórych głosek. Nie mają r,l,w,f. I nie tylko nie potrafią ich wymówić, ale po prostu ich nie słyszą. Jak dziecko w tym dowcipie: Babciu, jaka to stacja? Radom. Jadom? Nie, Radom. No mówię: Jadom! Nie słyszą różnicy, nie wiedzą kiedy użyć, nie potrafią wymówić. Starają się, ale wychodzi różnie. Co było wyraźnie słychać u naszej przewodniczki i co dostrzegam u moich koleżanek. I nie poprawiam kiedy wołają mnie Eba, wiem, że trudno.
Za to japoński jest stosunkowo prosty. Tylko dwa czasy, brak odmian, stała konstrukcja zdania. Niestety, odwrotna do naszej. Czyli zamiast Idę do domu mamy Ja domu do idę. Wymaga wprawy. 
Właściwie mówią ze stałą intonacją. Pytanie rozpoznaje się po partykule pytającej na końcu zdania. Ta intonacja (czy jej brak) dla mnie jest dość przerażająca. Zaraz będzie przykład, ale jeszcze kilka wyjaśnień. Są bardzo uprzejmi. Co chwilę mówią Hai (tak). No, dla mnie to Hai niestety zawsze brzmi jak Hail i wiadomo jak się kojarzy. Na każdym kroku okazują szacunek po pierwsze głębokimi skłonami. Ale także podając cokolwiek dwoma rękami. Czas na scenkę.
Kupuję album (słynne kimona Kuboty). Stoję przy kasie. Pani bierze z ukłonem, w dwie ręce, delikatnie książkę. Mówi "cośtamcośtamhaicośtam". Skanuje kod. Znowu "cośtamcośtamhaicośtamhai". Kładę kartę na tacce. Powtarza "cośtamhaicośtamhai". Kłania się. Zabiera tackę z kartą (dwie ręce!), odwraca się, robi to co się z kartą robi. Przypina wydruk do podkładki, podaje mi dwoma rękami do podpisu, kłania się "cośtamhaicośtamhai", odbiera podkładkę,kłania się, podaje na tacce dwoma rękami kartę i mój wydruk,ukłon "cośtamhaicośtamhai" , podaje w reklamówce (nadal w dwóch rękach) album "hai arigato gozaimasta" , kłania się. Ja też jej dziękuję, ale nie kłaniam się tak głęboko. Po pierwsze jestem sparaliżowana tymi brzmiącymi jak wystrzał "hai", a poza tym nie umiem tak się zgiąć. 
I tak wszędzie. Przychodzi im to naturalnie, automatycznie właściwie. I jest fajne, bo  lustrzane neurony wywołują podobne zachowanie z naszej strony. Francja-elegancja po prostu. Czy jest miejsce na opryskliwość? Nawet brak białej koszuli w takiej sytuacji wygląda niestosownie. Wiadomo, "klient w krawacie jest mniej awanturujący się".

1 komentarz:

  1. Właśnie zaczynam podróż po Japonii. Może i mnie zainteresuje ten odległy kraj. Twoje cośtamhai brzmi zabawnie. Mam nadzieję, że w miarę poprawnie się pożegnam słowem "sayonara" 😉

    OdpowiedzUsuń